Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Agnieszka Ufniarz: Rozmowy o mistrzostwie

Agnieszka Ufniarz: Rozmowy o mistrzostwie

2014-03-23 Sabina Kowalczyk

Utalentowana pianistka opowiada o swojej pasji do muzyki, koncertach, które miały dla niej wielkie znaczenie i ludziach, którzy byli dla niej ważni. Poznajcie jej świat.

.html
 A. Ufniarz/fot. Nicolas They

Jakiś czas temu miałam zaszczyt i przyjemność przeprowadzić rozmowę z panią Agnieszką Ufniarz, która przyjechała do Olsztyna, aby pokazać nam to, w czym jest mistrzynią. Swą grę na fortepianie.

28 lutego w stolicy Warmii i Mazur odbył się jej recital fortepianowy. Ci, którzy byli, na pewno nie żałowali. W czasie występu mogliśmy posłuchać utworów Chopina, Brahmsa, Riszta, Rachmaninowa oraz Gubaiduliny, zagranych z wielką wrażliwością i uczuciem.  

 

Sabina Kowalczyk: Jak zaczęła się Pani przygoda z muzyką? Czy Pani sama ,,rwała się” do słuchania takiej a nie innej muzyki, czy też może to rodzice pokierowali Pani zainteresowaniami? Jakby nie patrzeć, zaczęła Pani grać na fortepianie już około 5. roku życia.

Agnieszka Ufniarz: Tak, edukację muzyczną zaczęłam dość wcześnie. Ale zawsze byłam zainteresowana muzyką. Miałam to szczęście, że moi rodzice mieli z nią dość bliskie relacje. Byli marynarzami i z dalekich rejsów przywozili z Zachodu płyty z muzyką. Kupowali ich masę. Zgromadziliśmy naprawdę wielką kolekcję i to różnych nagrań, także tych, które w Polsce były trudno dostępne. Głównie były to nagrania z muzyką klasyczną. Ta muzyka towarzyszyła mi w domu od dzieciństwa. Nie pamiętam takiego momentu, żebym muzyki klasycznej nie słuchała. Nawet nie pamiętam momentu, kiedy bym nie grała. Mając trzy lata uczęszczałam do przedszkola muzycznego i tam już mieliśmy do czynienia z instrumentem. Nadeszły pierwsze ćwiczenia (jeszcze na pianinie) i ja już wyraźnie byłam zainteresowana instrumentem. Gra na nim  bardzo mi odpowiadała i chyba nauczyciele też to zauważyli, bo wiem, że rozmawiali z moją mamą, iż warto byłoby mnie dać na fortepian. Ale, ponieważ nikt nigdy w rodzinie nie grał, zaproponowano, by jedno z rodziców nauczyło się chociaż podstaw, żeby wiedzieć „z czym to się je”. Padło na moją mamę i ona przez rok uczyła się gry na fortepianie. Poza tym moja rodzina często uczestniczyła w  spotkaniach muzycznych w domach przyjaciół. Tam ludzie również grali na fortepianie. Ja z fortepianu zawsze słyszałam te dźwięki tak, jakby to było  naturalne.  Nawet nie pamiętam momentu, żebym z muzyką klasyczną nie miała jakiegoś związku.

Po prostu Pani się z tym urodziła.

Tak jakoś wyszło, że szybko wsiąknęłam w tę atmosferę. Dopiero później się zorientowałam, że nie wszyscy ludzie są muzykami. (śmiech)

Powiedziała Pani, że od początku była Pani związana z muzyką poważną. A czy ze współczesnych gatunków muzycznych jakiegoś Pani słucha? Lubi Pani, dajmy na to, pop, rock, hip-hop, reggae?  

Tak, tak, słucham. Właściwie praktycznie słucham tylko takiej muzyki, bo czuję już przesyt muzyki klasycznej. Klasycznej także słucham, ale bardziej pod kątem analizy; dla przyjemności  to raczej utwory orkiestrowe czy kameralne i to te, które znam mniej. Ze współczesnej muzyki lubię bardzo francuski hip-hop i muzykę filmową. Pop… lubię, ale bardziej taki z domieszką jazzu i innych gatunków muzycznych. Słucham tych gatunków non stop. Mój chłopak bardziej się na tym zna, najpierw musiałabym  się jego spytać, czego tak naprawdę słuchamy. Ja słucham tego, co on mi podsunie, a że ma dobry gust… (śmiech)

Po prostu mu Pani ufa.

Tak. On zawsze spisuje na kartce, co  usłyszy, co go zainteresuje. Słuchamy francuskiego radia Nova, TSF Jazz albo FIP i tam jest wszystko, co ciekawe – artyści jazzowi,  muzycy alternatywni. Mamy tez niezłą kolekcję płyt jazzowych w domu.  Ja tylko się dowiaduję, co nowego teraz stworzono. Za to on przy mnie nieźle dokształcił się w repertuarze fortepianowym.

Jak kariera potoczyła się w Pani przypadku? Czy jakieś przełomowe wydarzenie zadecydowało o tym, że zaczęła Pani występować na poważniejszych scenach, może nie tyle ,,wyszła Pani z garażu”, trudno mówić o tym w przypadku muzyki poważnej, ale po prostu zaczęła traktować swoją grę bardziej profesjonalnie?

Przypomniało mi, tak a’propos garażu, że tak naprawdę, to dopiero później ,,weszłam do garażu”. Ponieważ, jak zdałam do Wyższej Szkoły Królowej Zofii w Madrycie, to tam akurat były ćwiczeniówki w garażach (śmiech). Co było przełomowe? Hmm… Właściwie to był chyba długi proces, nie jestem w stanie nawet wymienić wszystkich etapów. Od dzieciństwa miałam możliwości grania mniejszych koncertów. A więc to jest jednak ważne – nieistotne – niech te koncerty będą regionalne, nawet w domu, tylko dla przyjaciół. Trzeba grać, grać, grać, przez całe życie. Nie ma lepszej zaprawy niż ciągłe granie. Natomiast w moim przypadku decydowały często szczęśliwe zbiegi okoliczności. Ja miałam szczęście, po prostu. Ale oczywiście nie mogę zapomnieć o  masie życzliwych  ludzi i instytucji, dzięki którym realizacja tych wszystkich rzeczy była możliwa. Uczyłam się najpierw u profesor Tatiany Szebanowej, wspaniałej artystki, która bardzo dużo mnie nauczyła, jeśli chodzi o zaadoptowanie się na scenie. To było doskonałe posunięcie mojej ówczesnej profesor liceum – wybranie pianisty koncertującego. Nagle musiałam skonfrontować wszystkie rzeczy, których się nauczyłam dotychczas. Zrozumiałam, że niektóre z nich praktycznie nie mają znaczenia, a inne mają większą wagę niż myślałam. Później zupełny przypadek – nieplanowane studia w Madrycie u profesora Baszkirowa. To mi bardzo pomogło – dobra edukacja. Oczywiście  również inni moi profesorowie : Emanuel Krasovski, Eldar Nebolsin czy Claudio Martinez-Mehner – miałam wielkie szczęście z nimi pracować. Z takich pierwszych większych impulsów - bardzo inspirujący był też mój wyjazd na festiwal do Verbier, a wcześniej kursy mistrzowskie w Salzburgu. Na wyjazd do Verbier dostałam stypendium i to był pierwsza moja taka dawka możliwości wysłuchania wspaniałych koncertów w tak krótkim czasie. Codziennie koncert na naprawdę wysokim poziomie. Można było obserwować kursy mistrzowskie. Przez te trzy tygodnie nasiąknęłam festiwalowym życiem i kursami.  Ale moment przełomowy to otrzymanie nagrody na konkursie w Nowym Jorku. Otworzyło mi to wiele drzwi do różnych koncertów. Ale są pianiści, którzy nie mieli żadnych  nagród na konkursach i… grają.

Czy jest taki koncert, który najbardziej zapadł Pani w pamięci, jest z jakiegoś powodu najważniejszy?

Jest wiele, bardzo wiele takich koncertów. Są ważne z różnych powodów. Wracając do tego Sokołowa, przypomniał mi się koncert, który mnie zafascynował. Co ciekawe, nie pamiętam dokładnie, co grał, wiem tylko, że grał w Auditorio Nacional w Madrycie między innymi Sonatę Beethovena op. 111 i to było dla mnie niesamowite… Jest to sonata trudna do zrozumienia – późny Beethoven – grałam tę sonatę, ale jakoś nigdy nie znalazłam do niej klucza. I na tym koncercie Sokołowa usiadłam i tej sonaty… wysłuchałam w napięciu od początku do końca. Miałam wówczas wrażenie, jakbym czytała jakiś wielki traktat filozoficzny. Wszystko miało sens. Dziwne to było doświadczenie, bo wyszło totalnie poza sferę muzyczną. Sokołow był tak skoncentrowany na tym, co robił, tę energię tak skumulował, że człowiek zapomniał, iż jest na koncercie, słucha muzyki. Dopiero po tym koncercie zrozumiałam, co się wydarzyło. Nie umiem powiedzieć, jakimi środkami to zrobił, ale doskonale pamiętam idee, które przekazał. To z takich bardziej ekstremalnych przeżyć koncertowych.

Czy po koncercie zdarzyła się Pani jakaś dziwna przygoda z  natrętnym fanem, szalonym pasjonatą, kimś niezwykłym?

Nie, takich dziwnych, skrajnych przygód i przypadków nie miałam. Natomiast dzięki koncertom poznałam również bardzo ciekawych ludzi. Jeden taki bardzo ciekawy kontakt nawiązałam ostatnio z panem, który jest profesorem fizyki na Sorbonie – Karolem Pensonem.  On często chodził na moje koncerty w Paryżu. Ostatnio się  z nim widziałam i okazało się, że jako pianista kształcił się w Polsce. Później wyjechał do Francji i został cenionym fizykiem. I właśnie on mówi mi, że  pisze transkrypcje  różnych utworów, które mu się spodobają. Pyta, czy  może mi coś wysłać. Na Youtube słyszał nasze  video ze śpiewaczką Iwoną Sobotką i zrobił transkrypcję utworu Noskowskiego na fortepian solo. Wysłał mi tę transkrypcję. Mi się ona bardzo spodobała. Oczywiście, wcześniej nie wiedziałam zupełnie, że ten pan był wykształcony muzycznie. Dla mnie to był profesor fizyki (śmiech). Później profesor pokazał mi masę swoich innych transkrypcji. Niektóre zostały nawet nagrane i otrzymały bardzo dobre recenzje w różnych pismach muzycznych. Niektóre z nich chciałabym wrzucić do repertuaru.

To był taki kontakt, który gdzieś się przewijał regularnie i coś ciekawego z tego wyszło. Kontakt z człowiekiem, który okazał  się prawdziwym pasjonatem muzyki klasycznej.

To na pewno niezwykłe uczucie, gdy spotyka się dwoje ludzi, których łączy ta sama pasja…

Tak, dokładnie. Było to o tyle ciekawe, że odkryłam rzeczy, które, nawet nie przypuszczałam, że istnieją. Nauczyłam się czegoś nowego.

Czy po tylu występach odczuwa Pani jeszcze stres z nimi związany? Jeśli tak, to jak pani sobie z nim radzi?  

Nie wiem, czy da się  z tym do końca zżyć. My, pianiści mamy tę bardzo niewdzięczną rolę, że, niestety utarło się, iż powinniśmy grac bez nut nawet długie, ,,ciężkie” recitale. Można się nauczyć na 100-150%, ale jest to ryzyko, że coś się przeskoczy. To jest chyba rzecz, która mnie najbardziej stresuje. Zauważyłam, że, jak gram muzykę kameralną, to tego nie odczuwam. Nawet, gdy gram koncerty z orkiestrą czy krótkie półrecitale, to nie czuję tego stresu. Są one krótsze, człowiek ma pełną, silną koncentrację, nie musi jej rozkładać na półtorej godziny i wokół są inni ludzie. A  recital solowy to takie obciążenie. Pianista ma te niezliczone ilości nut zagrać z pamięci i nie może się pomylić. To jest trudne i wiem, że są pianiści, którzy mają z tym wielki problem. Do tego stopnia, że unikają jak ognia recitali solowych – przykład Marthy Argerich, która bardzo unika koncertów solowych i, jak gra, to tylko utwory, które wykonywała wiele razy wcześniej i to muzykę najczęściej kameralną albo koncerty z orkiestrą; chociaż ona uzasadnia to tym, że nie lubi samotności na scenie. Martha bardzo się denerwuje przed koncertami i tak ma już od 30 lat. Ale myślę, że, gdyby nie było presji na granie solowe, kiedy artysta-heros wychodzi na scenę i ten spektakl musi zrobić.... Może mielibyśmy możliwość poznać więcej cudownych wykonań utworów z solowego repertuaru granych przez Marthę Argerich albo innych pianistów, którzy przez stres ograniczają granie recitali solo. Znam osoby, które stres tak pożera, że właśnie wybierają albo kameralistykę, albo drogę pedagogiczną. Myślę, że to jest duży problem. Chociaż zaczyna się to powoli zmieniać. Ja cały czas się waham. Chciałabym być może kiedyś, tak jak Richter, zdecydować, że będę grała np. recitale tylko z nutami. Nie chodzi o to, że nie zna się utworu na pamięć. Ale jednak pewne rzeczy umykają na scenie. Warto by było odkrywać za każdym razem na nowo ten  utwór i mieć  podporę tekstową. Natomiast jest taki pianista francuski, Alexandre Tharaud, który gra tylko z nutami – czy z orkiestrą, czy kameralnie. I, szczerze mówiąc, ja mu trochę zazdroszczę. Ponieważ prezentuje olbrzymi program. Zadałam mu kiedyś pytanie, czy miał problemy w związku z tym i, jak to było odbierane, a on powiedział: ,,Dla mnie to było być albo nie być. Ja albo nie byłbym pianistą, albo bym nim był. Dla mnie to nieposiadanie nut to byłaby bariera nie do pokonania. Nie to, żebym ich nie znał. Po prostu ja się tak bardzo denerwuję, że te nuty muszę mieć”. Ja osobiście na razie nie mam takiej odwagi, żeby grać zawsze  tylko z nutami, ale to by chyba było bardzo pomocne, jeśli chodzi o zminimalizowanie stresu na scenie.

Gra pani m.in. muzykę kameralną. Za co ją Pani lubi?

Odpowiedź jest bardzo prosta – ja bardzo lubię muzykę i bardzo lubię ludzi. Jak połączymy te dwa elementy, to wychodzi akurat muzyka kameralna (śmiech). I to mi bardzo odpowiada.

Jeśli nie fortepian, to czy istnieje taki instrument, na którym jeszcze chciałaby Pani nauczyć się grać? Brzmienie jakich instrumentów najbardziej się Pani podoba?

Najbardziej podoba mi się brzmienie fortepianu, także wybór akurat  w moim przypadku padł bardzo dobry. Naprawdę uwielbiam fortepian; jego możliwości harmoniczne, bogactwo rejestrów. Lubię po prostu dźwięk dobrego fortepianu pod palcami dobrego pianisty. Bardzo lubię także muzykę skrzypcową ze względu na repertuar, który, uważam, jest piękny. Także, jakbym miała gdybać, to może skrzypce. W pewnym momencie grałam na flecie poprzecznym. Miałam to jako drugi instrument i chyba moja motywacja do grania na flecie wynikała tylko z tego, że w liceum chciałam poczuć, jak to jest mieć swój instrument przy sobie. Ale z fortepianem jest mi dobrze. Dla mnie jest to najlepszy instrument.

Czy wiedziała Pani od początku, że chce się Pani muzyką zajmować przez całe życie? A może miała Pani chwile wahania, kiedy mówiła Pani sobie: ,,nie, to jednak nie to, nie chcę tego więcej robić, muszę odpocząć od muzyki”.

Nigdy nie wahałam się, czy to jest rzecz, którą chciałabym się zajmować przez całe życie. Przeszłam tę całą typową edukację muzyczną, jaką mamy w Polsce, czyli muzyczne przedszkole, podstawówka, liceum i studia. Człowiek do pewnego momentu nie zastanawia się, co robi. Po prostu to robi, jest przyzwyczajony, że gra. Później dopiero zrozumiałam, że niekoniecznie wszyscy muszą być muzykami i, że nie wszyscy muzycy zostają solistami. Wydaje mi się, że mam to szczęście, iż zawód, który wykonuję, jest dla mnie najodpowiedniejszy. Na pewno, gdybym nie była muzykiem, to bym się zaadoptowała w jakimś innym zawodzie, ale jedynie muzyka mnie naprawdę pasjonuje.

Czyli,  przede wszystkim, na dzień dzisiejszy – muzyka.

Tak, przede wszystkim muzyka. Asystent mojego profesora Baszkirowa wyraził ciekawą myśl: ,,wiesz, fortepian możesz zawsze zostawić, ale na pewno fortepian nigdy nie zostawi ciebie”. I chyba coś w tym jest, bo technicznie można zawsze przestać grać, można robić wiele innych rzeczy. Ale właśnie ten fortepian później tak trzyma. I wiem, że ludzie wracają do grania.  O tym się nie da zapomnieć. To nie jest takie proste, jak się już ma określoną pasję. I to chyba w przypadku wszystkich pasji.

Zagrała Pani w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie w cyklu  "Mistrzowskie recitale fortepianowe". Mistrzowskie ­– czyli jakie, według Pani?

Myślę, że, jeśli spojrzeć szerzej na ten temat (nie tylko na mistrzostwo w dziedzinie muzyki, ale mistrzostwo w ogóle) dla mnie, osobiście,  ,,mistrzowskie” to najbliższe prawdy. W muzyce najbliższe prawdy oznacza bycie najbliższym tekstu kompozytora oraz uczciwym wobec publiczności. Muzyk jest dla mnie w pewnym sensie pośrednikiem pomiędzy tym, co zapisane w nutach, a tym, co dotrze w formie dźwiękowej  do słuchacza.

Najbliższe prawdy…  jak Pani to rozumie?

Najbliższe prawdy tekstu, prawdy własnej i prawdy zawodu. Jeśli chodzi o pianistów – jest to dobre, dokładne odczytanie tekstu, wiedza na temat stylu i kompozytora. To jest temat bardzo szeroki, można by rozmawiać o tym godzinami. W związku z pracą pianisty  jest to także zobowiązanie wobec kompozytora i publiczności, myśl, jak tę prawdę przekazać, przepuścić przez siebie, przenieść w taki sposób, żeby ta prawda była zrozumiała dla publiczności; zarówno dla osoby wykształconej muzycznie (znającej bardzo dobrze utwory, pianistykę) jak i dla amatora, który nigdy w życiu nie miał nic wspólnego z muzyką.

Czyli ważni są różni słuchacze – zarówno profesjonaliści, jak i laicy w tej dziedzinie?

Tak. Oczywiście, jest to optymalne. Najlepiej by tak było. Ważna jest także kwestia gustu. Są osoby, które lubią dany typ muzyki, inny nie i  zamkną się  od razu w swoim typie. Na przykład, powiedzmy, jeśli chodzi o muzykę współczesną, to wiadomo, że ci słuchacze, którzy nie mieli nigdy do czynienia z takim typem muzyki, mogą być trochę wycofani względem niej, ale to jest zadanie muzyka – powinien tę muzykę współczesną tak zagrać, żeby  słuchacz był zainteresowany. Myślę, że na tym właśnie polega mistrzostwo. Ważne są też detale techniczne – czystość. Chociaż nie jest to sprawa priorytetowa. Ponieważ, nawet gdy słuchamy nagrań jakichś pianistów z początków wieku albo generację, która żyła w XX wieku  typu Horowitz czy Rubinstein… Te nagrania są dalekie od ideału takiego, do jakiego przywykliśmy dzisiaj.

.html
 A. Ufniarz/fot. Nicolas They

To jest bardzo złożony temat, bo tam, gdzie nie będzie prawidłowych nut, nie będzie też prawdy kompozytora. Ale z drugiej strony dzisiaj idziemy chyba trochę za bardzo w aspekt techniczny, mechaniczny, z dokładnością do powierzchownych szczegółów, a nie szukamy  prawdy artystycznej. Bardzo ciekawie na ten temat mówił Krystian Zimerman. Bodajże on przytoczył (nie potrafię jego słów dokładnie zacytować z pamięci) pewną ciekawą historię. Było to tak: opowiadał on o nagraniach Alfreda Cortot (którego ja bardzo lubię, jeśli chodzi o Chopina, ale podejrzewam, że na Konkursie Chopinowskim czy na jakimś konkursie monograficznym poświęconym Chopinowi Cortot by nie przeszedł pierwszego etapu (śmiech). Dla mnie to nagrania "prawdziwe", bardzo mi bliskie. Jak się ich słucha, to wszystko w nich ma sens. Człowiek patrzy później w nuty i myśli  O, to nowatorskie! Jak on to zagrał! Dlaczego nadał temu taki charakter? Później  bierze  nuty i stwierdza – rzeczywiście – on zrozumiał, o co naprawdę chodzi. I właśnie Zimerman mówił bardzo ciekawą rzecz na temat Cortot. Ktoś kiedyś przyniósł mu nagranie z koncertu tego pianisty i powiedział z satysfakcją: Zobacz, zobacz, jak nieczysto! On tutaj nie gra właściwych nut!. A Zimerman powiedział, że dla niego to było piękne nagranie, ponieważ Cortot doskonale umiał współgrać z akustyką sali, uzyskać efekty dźwiękowe, które doskonale oddawały nastrój i idee utworu.  Zimerman powiedział, że to jest mniej więcej na tej zasadzie, jakby wziąć obraz Mona Lisy i, zamiast patrzeć na jej tajemniczy uśmiech, podziwiać ją,  zastanawiać się, czy ona ma czyste ubrania (śmiech).

Dzisiaj nasze ucho przyzwyczaiło się ze względu na nagrania do tak nieludzkiego wykonania pod względem czystości, że mam wrażenie, iż czasami pianiści, którzy właśnie te aspekty bardzo dobrze kontrolują (nawet kosztem obrazu artystycznego) są częściej doceniani niż ci, którzy mieliby może dużo do powiedzenia, ale nie są aż tak idealnie, dokładnie wyuczeni. Optymalnie byłoby, gdyby ktoś był mistrzowski i pod względem precyzji, i pod względem wykonania artystycznego, ale… Wszystkim się nie dogodzi. Nawet wizja artystyczna może być względna. Ktoś może kogoś lubić za daną interpretację, a inny nie będzie takiej  tolerował.  Poza tym koncerty na żywo to zupełnie inna historia niż nagrania (gdzie mamy posklejane niezliczone ilości wersji, wypolerowane w najmniejszym szczególe)

Pani właśnie potrafi nie tylko grac precyzyjnie, ale też trafiać do uczuć widzów. Krytycy są Panią oczarowani, jest Pani laureatką wielu prestiżowych konkursów krajowych i zagranicznych. Występowała Pani na scenach Paryża, Tokio, Madrytu, Nowego Jorku i wielu innych. Jak się Pani z tym czuje? Uważa się Pani za mistrzynię w swojej dziedzinie? Myśli Pani, że osiągnęła już wszystko w muzyce?

Nie, nie, nie, absolutnie nie! (śmiech) Wręcz wydaje mi się, że jestem daleko, tak strasznie daleko tego mistrzostwa… To jest chyba niemożliwe – osiągnąć całkowite mistrzostwo w ciągu życia. To jest tak, jak ze wspinaniem się na szczyty. Człowiek wspina się, wspina. Już myśli, że osiągnął swój cel. Wspiął się patrzy, myśli ,,jaki piękny widok! A tam znów kolejna, jeszcze wyższa góra!” i chce się wspinać dalej. I tak samo jest w życiu. Pani mówiła o perfekcji. Moimi priorytetami są bardziej ekspresja i idee niż perfekcja techniczna. Co nie oznacza, że nie zwracam na to uwagi. Staram się wyważyć te dwa elementy, ale raczej nie jestem typem mechanicznego odtwórcy.

Nie, oczywiście, ja tego wcale nie zasugerowałam. Chodziło mi o to, że Pani potrafi połączyć profesjonalną ( a więc także precyzyjną) grę i uczucie…

No, staram się mieć coś ważnego do przekazania. A później to… każdy jest człowiekiem (śmiech).

A kto, według Pani, jest takim prawdziwym mistrzem? Czy istnieje osoba, która szczególnie Panią inspiruje?

Tak, jest bardzo wielu muzyków (zresztą, nie tylko muzyków, ale też artystów, ludzi w ogóle). Jeśli chodzi o muzyków, to chyba nie jestem w stanie wymienić wszystkich, ponieważ są osoby, które cenię za jedną rzecz i takie, które cenię za coś innego. Musiałabym usiąść i się spokojnie zastanowić,  sporządzić długą listę, żeby każdemu oddać sprawiedliwość. Jeśli chodzi o pianistów dzisiejszych…  to bardzo trudne pytanie. Boję się, że powiem coś, a potem o kimś zapomnę.

Czyli jednym zdaniem – nie istnieje jeden artysta, który by Panią szczególnie inspirował?

To zależy też od repertuaru. Jest na przykład pianista, którego naprawdę uwielbiam, to muszę przyznać. Jest nim Grigorij Sokołow. Ale, no właśnie, powiem Sokołow, a zapomnę o Zimermanie i wielu innych. Ale nie jestem księgową. Nie staram się wyliczać, kto najwięcej, najdokładniej co zrobił i jak. To jest bardzo wybiórcze. Ale chyba właśnie Sokołow. On jest bardzo wierny sobie, wciąż się uczy, przez całe życie. Jego nagrania są niesamowite – widać, jak ewoluuje. I to nie jest tak, że on sobie jedną wersję wymyślił i tak będzie grał. Moja odpowiedź zależy też od tego, o jaki okres życia mnie Pani spyta. Mam takie okresy, że w jednym czasie słucham tylko danego pianisty, tak mi się spodobał, a później, za jakiś czas do niego wracam i stwierdzam ,,a nie, to wcale takie dobre nie było” (śmiech). Mam takie okresy, że uwielbiam Horowitza, później go nie znoszę. Na przykład ostatnio słuchałam nagrania ballady Horowitza, którego to nagrania, szczerze mówiąc, jak byłam młodsza nie lubiłam i nie jestem w stanie nawet powiedzieć, dlaczego. A dzisiaj mi się ono bardzo podobało. Podobnie jest z Cortot. Kiedyś wydawało mi się, że gra on nieczysto, nierówno, że jest to zbyt zmanierowane (ale to może kwestia niedojrzałości, byłam wtedy jeszcze w liceum). W przebiegu życia człowiek różnie ocenia różnych pianistów i różne rzeczy są bardziej lub mniej bliskie. Później dochodzi też kwestia tego, czy się dany utwór grało, czy nie. Wówczas ma się inne spojrzenie na  ten utwór i  konkretne wykonanie. Ale zaznaczam - te nazwiska, które padły, są przypadkowe. Oddać wszystkim sprawiedliwość jest niezmiernie trudno.

Prowadzi Pani kursy mistrzowskie. Jak to jest – kształcić przyszłych mistrzów? Czy wiele osób zgłasza się na takie kursy? Czy są one przygotowane w stopniu zadowalającym, czy raczej trzeba ich wszystkiego uczyć od podstaw?

Moje podejście do kursów mistrzowskich jest takie – kursy mistrzowskie nigdy nie zastąpią prawdziwego pedagoga. Staram się unikać mówienia na kursach mistrzowskich o podstawach, bo myślę, że to nie jest właściwy moment, szkoda na to po prostu czasu. Rzeczy oczywiste się słyszy i wcześniej czy później ktoś inny o nich powie. Staram się wytłumaczyć, jak ja to widzę. To jest bardziej na zasadzie spotkania dwóch osób, które działają w danej dziedzinie. Oczywiście, słyszę, czy ktoś gra na wyższym czy niższym poziomie, ale na kursach mistrzowskich nie znam sytuacji tych ludzi. Nie wiem, jak wygląda ich styl pracy, jakie mają możliwości, na jakich  instrumentach pracują na co dzień. Trudno mi to oceniać całościowo. Ktoś mógł mieć na przykład gorszy dzień albo się denerwować. Ja staram się bardziej zainspirować te osoby, pokazać im moją własną wizję czy też wizję, która, myślę, że mogłaby być ciekawa.  Jest jedna rzecz, na którą zwracam szczególną uwagę – to, co jest napisane w nutach przez kompozytora i, jeśli ktoś ewidentnie nie respektuje zapisu kompozytora (gdy, na przykład, jest napisane forte, a ktoś gra ewidentnie pianissimo) staram się na to zwrócić uwagę. Na kursach mistrzowskich nie da się tak naprawdę kogoś nauczyć. Można kogoś zainspirować, ale na dłuższą metę nauka gry to jednak ciężka praca dla pedagoga. Nie przypisuję sobie takiej roli, że na trzygodzinnym spotkaniu kogoś czegoś konkretnego nauczę. Ale, czasami, tak jak w życiu – pięć minut rozmowy z kimś może zmienić bardzo dużo. I kursy mistrzowskie to właśnie mają  na celu. Jeśli mogę coś poradzić  – to radzę, podsuwam rozwiązanie, które wydaje mi się ciekawsze lub łatwiejsze (kiedy ktoś, na przykład, za bardzo ,,utrudnia sobie życie”).

I na koniec. Co radziłaby Pani młodym ludziom, którzy mają swoje pasje i chcą, ale, być może, poniekąd obawiają się pokazać je światu?

Tu chyba będę powtarzać słowa wszystkich muzyków, którzy zawsze mówią, żeby szukać swojej drogi. Szukać miejsca, w którym można by realizować  pasję. Szukać inspirujących ludzi, którzy pomagają ją rozwijać. Wiadomo, że rynek muzyczny jest  bardzo wyśrubowany. Jest bardzo dużo świetnie wykształconych muzyków i, niestety, w salach koncertowych nie znajdzie się miejsce dla wszystkich. Ale nigdy nie wiemy, co nam jest pisane w życiu. Tuż po studiach byłam pianistką-korepetytorką śpiewaków w Szkole Muzycznej im. Królowej Zofii w Madrycie, w której się uczyłam. I pracowałam ze wspaniałym pedagogiem Tomem Krause – fantastycznym barytonem, który, niestety, odszedł od nas trzy miesiące temu. Miałam możliwość uczestniczyć w jego zajęciach jako pianistka. Profesor Krause traktował wszystkich tak samo, uczył zawsze z tym samym zaangażowaniem, niezależnie od tego, czy ktoś był mniej, czy bardziej zdolny. Spytałam go kiedyś: ,,jaki jest Twój złoty środek na to, żeby wszystkich nauczyć, dlaczego wszystkich  traktujesz tak samo?”. A on na to: ,,Widzisz, ja nie wiem, jakie będzie przeznaczenie tych ludzi, jaka będzie ich droga. Dlatego traktuję wszystkich tak samo, bo nie wiem, naprawdę nie wiem – być może jednemu będzie dane za dziesięć lat być sławnym śpiewakiem, koncertować na najlepszych scenach świata, a drugi będzie musiał zająć się czymś innym, w ogóle wyjść z zawodu, to przecież też się zdarza”. Mi to bardzo utkwiło w pamięci. Minęło już dziesięć lat, odkąd to usłyszałam. I teraz, z perspektywy dziesięciu lat obserwuję te osoby, które z nim pracowały i, faktycznie, gdy patrzę na to, jak się potoczyły ich kariery, to naprawdę każdemu  potoczyła się ona inaczej. Osoby, których czasami byśmy nie podejrzewali o zrobienie tak wielkiej kariery, dzisiaj są rozchwytywane. A inne, które, być może, (według mnie) zasługiwały na więcej koncertów, niestety mają czasami z tym problem. Jedni wybrali drogę pedagogiczną, inni odeszli od muzyki stricte klasycznej i wykonują muzykę z gatunku crossover. Każdy ma inne przeznaczenie, więc ostatecznie, trzeba szukać własnej drogi. I tak nie wiadomo, komu co będzie dane, co się wydarzy później. Ja sama czuję, co jest mi bliskie, staram się ufać własnej intuicji. Myślę, że każdy człowiek to czuje. Jak jesteśmy młodsi, być może jest to zagłuszane przez różne głosy zewnętrzne, ale później to wychodzi. Jednocześnie czasami trzeba też spojrzeć na siebie z dystansu, to jest bardzo trudne. Ale jak się jest młodym, to właśnie to jest ten czas, kiedy można próbować, szukać swojej drogi.  Młodym jeszcze wiele się wybaczy – najgorzej jest nic nie robić. Można i trzeba uczyć się na błędach. Należy więc podążać własną drogą, szukać odpowiedniego środowiska, otoczenia, żeby się po prostu rozwijać.

 

***

Agnieszka Ufniarz – pianistka, należy do najbardziej utalentowanych polskich pianistów swojego pokolenia. Występowała na renomowanych scenach, m.in. Musashino Shimin Concert Hall w Tokio, Carnegie Hall w Nowym Jorku, Auditorio Nacional oraz w Teatrze Królewskim w Madrycie, Teatro Municipal w Sao Paolo czy Museum of Art w Tel Avivie i wielu innych. Laureatka prestiżowych nagród, takich jak  Nagroda Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Dorothy Mac-Kenzie Artist Recognition Award w Nowym Jorku, Bearenreiter Verlag Prize na European Young Concert Artists International Audition w Lipsku, The Isman Faimily Prize oraz Rina Menashe Priza przyznanych przez Tel-Hai Piano Masterclasses w Izraelu. Zwyciężczyni Ogólnopolskiego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie (1998). Zdobyła liczne stypendia artystyczne. Pochodzi z Poznania, obecnie natomiast mieszka w Paryżu.


Artykuł powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej artykułów początkujących dziennikarzy na redakcyjnym blogu tutaj.  









Komentarze
  • Bardzo obszerny i ciekawy wywiad. Agnieszka Ufniarz nie tylko lubi grac na fortepianie, ale i mówić. Jej odpowiedzi są bardzo rozbudowane, nawet na pytania zamknięte (od: czy). To teraz trzeba poszukać wokół siebie inspirujących ludzi i miejsca, gdzie można realizować swe pasje.

  • Skoro profesor fizyki przekazal pani Agnieszce Ufniarz wlasne transkrypcje utworow muzycznych,to moze trzeba sie zrewanzowac? Ciekawe,czy opracowania pianistki na temat fizyki beda dla niego : rownie przydatne? :)

  • Ciekawy wywiad. Słyszałam o artystce, ale nie sądziłam, że to tak niezwykła, budząca respekt postać.