Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Czerwone maki odbiciem umysłu

Czerwone maki odbiciem umysłu

2014-03-06 Sabina Kowalczyk

1 marca odbyła się transmisja intrygującej, bo jedynej w życiu i tak naprawdę niedokończonej opery Aleksandra Borodina – "Kniazia Igora".

.html
 

Wyobraź sobie, że dane ci jest przenieść się z twojej miejscowości – nieważne, mniejszej czy większej, bogatszej czy uboższej w inny świat. Nie możesz być w nim materialnie, ale masz możliwość obserwowania na własne oczy. Tak jak się to dzieje w danej chwili, tego samego widowiska, którego świadkami są  ludzie z drugiej części globu. Być może nigdy nie będziesz miał okazji się tam wybrać tak naprawdę. Być może nigdy nie będzie cię stać na bilet lotniczy czy tez opłacenie wejściówki na spektakl jednego z najsłynniejszych teatrów operowych na świecie. Ale płacisz za bilet w Polsce, wybierasz się do kina lub filharmonii jednego z polskich miast organizujących tego typu wydarzenia (są to m.in. Warszawa, Kraków, Elbląg, Katowice, Rzeszów) i również stajesz się świadkiem niezwykłego widowiska.

Gdy odkryłam informację o tym przedsięwzięciu, zastanawiałam się przez pewien czas, czy rzeczywiście warto wybrać się na takie wydarzenie. Z jednej strony można na żywo obejrzeć któryś ze spektakli właśnie wystawianych na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Ale… no, właśnie. To tylko transmisja. Postanowiłam na własnej skórze przekonać się, jak to tak naprawdę wygląda.

Na MET wybrałam się do Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej im. Feliksa Nowowiejskiego w Olsztynie. 1 marca odbyła się transmisja intrygującej, bo jedynej w życiu i tak naprawdę niedokończonej opery Aleksandra Borodina – "Kniazia Igora".  Smaczku tej operze dodawał również fakt, iż na deskach Metropolitan Opera dzieło było wystawiane po raz pierwszy od około stu lat.  Domysły, jak reżyser potraktuje dzieło, co z nim zrobi, czy ujmie dość klasycznie temat opery Borodina, czy też będzie to coś zupełnie nowego, dodawało operze pewnej tajemnicy i bardzo pobudzało wyobraźnię.

Zgasły światła, widzowie ucichli, oczy wszystkich zwróciły się na wyświetlany obraz – "Kniaź Igor" się rozpoczął. Jeszcze przed startem spektaklu mogliśmy oglądać widzów gromadzących się właśnie w Metropolitan Opera. Wyczekiwanie ludzi w nowojorskiej operze udzieliło się także nam, w naszym niewielkim Olsztynie.

 Opera ta opowiada o losach księcia Igora, który wraz z synem Władymirem szykuje się na wojnę z Połowcami. Znaki przepowiadają klęskę wojsk ruskich (złowieszcze zaćmienie słońca), ale mimo to Igor upiera się przy wyprawie. Źle na tym wychodzi. Wraz z synem trafia do niewoli chana Gzaka. Tu jego syn poznaje miłość swego życia – córkę Gzaka. Władymir wybiera uczucie i pozostaje w obozie wroga, natomiast Igor ucieka z niewoli i wraca jako symbol lepszego jutra dla ludu Rusi.

W nowojorskiej wersji opery w rolę kniazia Igora wcielił się znakomity Ildar Abdrzakov (bas). Niezwykle sugestywnie odegrał on rozdarcie bohatera pomiędzy jego chęcią  ucieczki z obozu chana, a nakazem honoru, który zabrania tak niegodnego księcia zachowania. Dodatkowo tytułową postać męczą wyrzuty sumienia – jakby nie patrzeć, to z winy kniazia tysiące ludzi  zginęło na polu walki. Igor jest też oskarżany przez lud o nieudolność dowodzenia. Nosi więc także olbrzymie brzemię odpowiedzialności. Wszystkie te stany psychiczne są plastycznie odmalowane na twarzy Ildara. Sami twórcy podkreślili, że "ich kniaź" jest znacznie bardziej pogłębiony psychologicznie. Dużo więcej,  w porównaniu z jego pierwotną wersją, przeżywa i rozmyśla.

Psychologię obrazu opery dopełnia makowe pole, które staje się swego rodzaju odbiciem umysłu, świadomości bohatera. Po urywkowych, filmowych, czarno-białych  fragmentach symbolicznie ukazujących bitwę (podczas której kniaź Igor doznaje czegoś w rodzaju wstrząśnienia mózgu), przenosimy się właśnie w obszar krwistych maków. Tu Igor rozmawia z bliskimi oraz z samym chanem (proponującym Igorowi wspólny podbój Rusi).

Wśród maków rozgrywa się również najsłynniejsza scena "Kniazia Igora” – "Tańce połowieckie". Tu ukazane jako przedziwna idylla – oto piękne postacie kobiece w zwiewnych szatach i półnadzy mężczyźni gną się, wykonują obroty, śpiewają pieśń na cześć chana. Wszystko przepełnia swoisty chaos (postaci tańczą niesynchronicznie), ale jednocześnie ruchy tancerzy przepełnia swego rodzaju harmonia. Oglądając tę scenę, od razu nasunęły mi się skojarzenia z biblijnym rajem, przepełnionym kwiatami, szczęściem, ale tez po części dziką namiętnością i pokusą. W makach rozegrano cały akt i jest to chyba najbardziej charakterystyczne dla tej wersji opery.

W czasie właściwych dla transmisji MET przerywników, kiedy to poznajemy pracę zakulisową oraz możemy obejrzeć wywiady z twórcami i aktorami, pojawiła się informacja, że maki robiono własnoręcznie przez bardzo długi czas. Zrobiono ich aż 12 500! Na specjalne życzenie reżysera (Dmitri Tcherniakov), który był pomysłodawcą tego niezwykłego projektu. Jego  wizja, już ucieleśniona, wywarła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Chociaż akcja pośród maków była przydługa, nie można odmówić twórcom nowego "Kniazia" oryginalności i kreatywności.

Oprócz "makowej" sceny, w pamięć zapadły mi jeszcze dwie. Jedną było przedstawienie przygotowań do wojny z Połowcami. Ciekawie ukazano grozę ludu związaną z zaćmieniem słońca (krzyki, lamenty, otwierające się z trzaskiem drzwi, przez które wiatr wdmuchiwał do wnętrza budynku liście i kurz) oraz zagrzewanie do walki przez Igora. Piękne wykonania partii chóralnych sprawiały, że momentami miałam gęsią skórkę. Było to niezwykłe przeżycie.

    Drugą taką sceną była gorąca wymiana zdań pomiędzy Jaroławną (Oksana Dyka) a Księciem Halickim (Mikhail Petrenko). Brat Jarosławny  porwał jedną z dziewcząt po to, aby zaspokoić swe żądze. Nie tylko chuć włada jednak Halickim. Pragnie on także zostać kniaziem, co podkreśla w rozmowie z Jarosławną. Fascynujące było obserwowanie, jak, z pozoru niewinne upomnienie i zasugerowanie zmiany postępowania przeradza się w ognisty spór. Głosy obojga nieustannie "pojedynkują się" w walce o swe racje.

  Jeśli chodzi o rzeczy, które mi się nie podobały… Nie było ich zbyt wiele.  Mogłabym wskazać takie trzy mało trafione elementy. Przydługie prowadzenie fabuły wśród monotonnego pola maków, Anita Rachvelishvili (grająca Kończakównę, córkę chana), która nie pasowała mi do tej roli, wydawała się bowiem zbyt… dosłowna, oczywista. I wreszcie lekkie rozczarowanie jakością obrazu. Mimo tego, iż była to transmisja w wersji HD, niektóre obrazy pozostawiały dużo do życzenia, jeśli chodzi o ostrość i kolorystykę. Szczególnie scena w makach była jakby rozmyta, zamglona. Być może było to spowodowane ukazaniem symboliki umysłu bohatera, ale mi taki brak ostrości do gustu nie przypadł. To jednak niewielkie przewinienia. Jak na ponad cztery godziny trwania widowiska, nie wydają się tak znaczące.

Podsumowując – cykl Metropolitan Opera HD live polecam z całego serca. Jest to naprawdę niezwykłe przeżycie. "Kniaź Igor" niestety już przeminął, ale zachęcam do wyszukania kolejnych odsłon nowojorskiej opery  w najbliższych wam instytucjach kulturalnych. MET ma wciąż bardzo ciekawy program do zaprezentowania- w Filharmonii Warmińsko- Mazurskiej informacje na temat MET znajdziecie tutaj.

 

Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl
 









Komentarze
  • W ten sposób z uczniami oglądałam przedstawienie teatralne "Ania z Zielonego Wzgórza", ale za pośrednictwem internetu. I właśnie jakość obrazu najwięcej pozostawiała do życzenia.