Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Dom nad rzeką Loes: Przemoc wszędzie...

Dom nad rzeką Loes: Przemoc wszędzie...

2014-03-19 Dorota Urbańska
Mateusz Janiszewski, dobiegający 40-tki lekarz medycyny, postanowił się sprawdzić w roli wolontariusza, w odległym Timorze Wschodnim. Swoje doświadczenia opisał w reporterskiej książce "Dom nad rzeką Loes"
 
.html
 Okładka książki/Czarne
Pierwsze spostrzeżenie – przenosimy się w świat Ryszarda Kapuścińskiego, jego konwencję pisania. Ale to nie zarzut, lecz komplement. Mateusz Janiszewski na pewno nie stworzył książki z gatunku lekkich, przyjemnych w odbiorze; takich, które czyta się bez wytchnienia z zapartym tchem. "Dom nad rzeką Loes" się zdobywa. Z wielkim trudem niemal jak górski szczyt. 
 
Od pierwszych stron autor bombarduje nas nazwami, imionami i nazwiskami wojskowych, polityków, ofiar, a także słowami w języku tetun, jednym z wielu, bo aż 130 lokalnych języków i dialektów. Czytelnik może się poczuć zagubiony. Timor Wschodni i jego polityczne losy nie są  szczególnie znane Europejczykom. Za wyjątkiem Portugalczyków, którzy od XVI wieku traktowali te ziemie jak swoją własność. Grabiąc wyspę, wykorzystując jej zasoby naturalne oraz traktując mieszkańców jak niewolników. W latach 70-tych Portugalia opuściła wyspę. Wtedy jednak znalazła się ona w rękach Indonezji. Po 20 latach, w 2002 roku Timor Wschodni odzyskał w końcu niepodległość, Timor Zachodni - pozostał częścią Indonezji. 
                
Timor Wschodni to kraina ubóstwa i przemocy. I ten brutalny świat pokazuje nam autor od samego początku – pobicia, podpalenia, mordy, gwałty. Przemoc totalna, wszechobecna, związana z wojną domową (z jednej strony walka między Wschodem a Zachodem, z drugiej – agresja wobec miejscowej ludności ze strony nowego okupanta - Indonezji). Podłożem tych konfliktów, eskalacji przemocy nie są jednak ani religia, ani też konflikty etniczne (jak w przypadku większości państw afrykańskich). 
 
Ta przemoc nie ma jednej przyczyny, choć jest wszędzie. W każdej rodzinie jest choćby jakaś jej ofiara. Nie ma też kobiet, które nie zostałyby zgwałcone. Wszyscy noszą w sobie, bądź na sobie jakieś blizny; grupy młodych chłopców za pieniądze biją, mordują i gwałcą bez końca.
 
Janiszewski nie skrywa szoku, który stał się jego udziałem już w czasie podróży do miejscowości Dili. Tam, gdzie podjął pracę w miejscowym szpitalu. Autor oszczędnie dzieli się swoimi przeżyciami. Jest bezstronnym narratorem, który chłodno i bez emocji opisuje fakty, podaje liczby i nazwiska zamordowanych, opisuje sceny pobić, mordów, gwałtów. W "Posłowiu" przyznaje, że nie ma tu dokładnych dat, a wydarzenia nie są przedstawiane chronologicznie, fakty i liczby też nie zawsze są precyzyjne. Nie wynika to z niestaranności, czy zaniedbania, ale z różnic kulturowych, z innego podejścia do czasu, do faktów i do opisu rzeczywistości (ta sama historia, opowiedziana przez dwie różne osoby okazuje się być trochę, a czasem zupełnie inną historią). Jeśli dołożyć do tego elementy magii, wiarę w złego ducha lilik i opowieści dla Europejczyka trudne do uwierzenia, to zadanie, które postawił sobie autor za cel – napisanie reportażu okazuje się prawie nierealnym. 
    
Janiszewski – młody lekarz  zdecydował się na dobrowolny, nie związany z żadną organizacją wolontariat na małej odległej wyspie położonej 450 km od wybrzeży Australii. Nie spodziewał się tego, co zobaczył i czego doświadczył. Naiwnie wierzył, że ONZ i  organizacje pozarządowe realizują swoje zadania, mając czyste intencje, nie dopuszczając się nadużyć. Przekonał się, że ta pomoc – prawdziwy przemysł -  to najczęściej fikcja, a ONZ  pozostaje obojętna na wiele spraw, na które mogłaby mieć wpływ. Doskonale rozumiem autora. Takie same refleksje stają się udziałem wolontariuszy PAH, gdy decydują się oni na udział w misjach np. na terenie Sudanu. Pomoc na odległość, bez znajomości realiów nie może się udać. Tym bardziej, że korupcja i  nadużycia wszelkiego typu, są normą w krajach pozostających w stanie Durkheimowskiej anomii. A do tych Timor Wschodni się niewątpliwie zalicza. 
    
Autor stopniowo przyzwyczaja się od wszechobecnego okrucieństwa – widoku zmiażdżonych skałą czaszek, do śladów po kulach, wystających z ciała, uszkodzonych meczetą  kościach rannych. Tacy są jego pacjenci, których wspólnie z charyzmatycznym Danem Amerykaninem i innymi  codziennie opatruje m.in. w szpitalu Bairo Pite Clinic, ale też na ulicy, w środku zamieszek, a czasem i buszu, w asyście odczyniających złe lalik  babek-czarownic. Janiszewski ratuje życie tym, których uratować się da. Nie staje się jednak jednym z nich. 
    
Tytułowy dom, to  miejsce opuszczone, o którym krążą legendy, świadek i współuczestnik wielu śmierci. Budynek, w którym zdaniem miejscowych straszy. Nieszczęścia spotykają wszystkich, którzy znajdą się w jego pobliżu. Miejscowi nie zbliżają się do niego, ostrzegają przed nim przybyłych z daleka. 
 
Stosunek do zwierząt w Timorze Wschodnim odzwierciedla sytuację ekonomiczną. Głodni ludzie żywią się tu  wszystkim, nawet psami. Nie warto się wiązać emocjonalnie z żadnym z nich - taką radę otrzymuje miłośnik zwierząt Robby. 
 
Ta podróż była pod wieloma względami bardzo niebezpieczna dla autora. Każdego dnia był świadkiem wydarzeń, które mógł przypłacić życiem. Kilka razy poważnie zachorował m.in. na udar. Był bliski śmierci. Przed chorobami krajów tropikalnych nie ma skutecznej ochrony. 
    
Najciekawszy w książce jest fragment, w którym autor opisuje swoją podróż na wyspę Atauro. Ta wyspa była więzieniem za rządów Portugalczyków i właściwie nadal nim pozostaje, choć w innym sensie.  Nieformalną, ale absolutną władzę sprawuje "królowa" Gabriela, szefowa lokalnej organizacji pozarządowej. Miejscowa ludność jest totalnie podporządkowana. Nie sposób tego logicznie uzasadnić.  Autor opisuje bardzo skomplikowane, jednocześnie niezrozumiałe relacje, które łączą członków społeczności wyspy. Odciętej od świata enklawy, do której nawet lekarze mają bardzo ograniczony dostęp, z woli "królowej”.
               
W książce pojawia się kalejdoskop ciekawych postaci. Zarówno pozytywnych, jak i negatywnych – morderców pokroju Hitlera i Stalina. Poruszane są bardzo różne tematy. Jest polityka (rządowe przetasowania i zmiany), są kwestie ekonomiczne, opisani - przedstawiciele władzy i opozycji w różnych okresach (autor przebywał na wyspie dwa razy – po raz pierwszy w czasie indonezyjskiej okupacji, a po raz drugi w czasie, gdy Timor był już niepodległy).  Są akty ludobójstwa, w których łącznie zginęło ok. 200 tysięcy osób (dane przybliżone). Scharakteryzowane zostały niektóre zwyczaje i obyczaje charakterystyczne dla danych społeczności. Opisano ciekawe przypadki medyczne. Dużo informacji, a lektura niewielka. 
               
Kończąc lekturę zaczynałam rozumieć to, co w pierwszych fragmentach wywoływało we mnie frustrację – poczucie braku zrozumienia. Warto było dotrwać do końca, choć początek nie był zachęcający. 
 
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.
 
Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej artykułów początkujących dziennikarzy na redakcyjnym blogu tutaj  
  


Komentarze
  • Czasami nam, Europejczykom, trudno uwierzyć, że żyjemy w XXI wieku, gdy czytamy, słyszymy o takich niegodziwościach jak te, które się dzieją w Timorze Wschodnim. Podziwiam Mateusza Janiszewskiego, że zdobył się na odwagę i pojechał jako wolontariusz z misją niesienia pomocy chorym ludziom. No i jakby nie było książka otwiera oczy na działalność ONZ...

  • Dokładnie. On pojechał tam trochę nieświadomie, nie mając dużej wiedzy, bo i skąd miał ją mieć? Ani w prasie, ani w tv nie ma dokumentów na ten temat. Kilka lat pracowałam w podobnej organizacji tutaj, w Polsce. Młodzi ludzie decydują się na wolontariat, bo chcą pomagać innym. Często boleśnie się rozczarowują.

  • Skandaliczna dzialalnosc pracownikow przeroznych agend ONZ-u nie jest znowu taka nowa kwestia.Dawno sie mowilo i pisalo np. o przeroznych seksualnych skandalach zwiazanych z jego pracownikami..

  • Ksiazka "Dom nad rzeka Loes" zwrocila moja uwage kiedy tylko pojawila sie w zapowiedziach wydawnictwa Czarne,a recenzja tylko mnie w tym utwierdzila. Musze ja koniecznie przeczytac.

  • I do gratisów taką ciekawa propozycję, do gratisów.