Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Estradowa Euroschizma

Estradowa Euroschizma

2012-12-18 Łukasz Badula
Co za ulga! W przyszłym roku Polska nie przeżyje katuszy wyłaniania rodzimego posłańca na Eurowizję. Nie będzie pospolitego ruszenia wśród szansonistów, nagłych powrotów z zaświatów gwiazdek jednego przeboju, napinania mięśni przez trzecioligowe zespoły rockowe i straceńczych misji weteranów sceny. Koniec problemu z SMS-ami, dyskusji, kto ma odpowiadać za promocję i za czyje pieniądze, wreszcie martwienia się na zapas "a co będzie jak wygramy?". Otóż na pewno nie wygramy, bo nas tam nie będzie. Tak jak wiele innych krajów. Na własne życzenie.

.html
Logo przyszłorocznego konkursu/eurovision.tv
Właściwie należałoby zadać pytanie: kto w ogóle pojawi się w przyszłym roku w Szwecji. Niemcy? Tak. Francja? Oczywiście. Wielka Brytania? Ależ owszem. Tak samo z całą Skandynawią, krajami Beneluksu czy Rosją. Ogólnie w dorocznym konkursie piosenki weźmie udział prawie 40 państw. Tyle, że po drugiej stronie jest 13 krajów, które Eurowizji powiedziały "nie". Poza Polską to m.in. Czechy, Słowacja, Portugalia, Grecja, Cypr oraz Bośnia i Hercegowina. Główny powód - recesja gospodarcza. Na tym tle udział w Eurowizji Hiszpanii zakrawa na akt heroizmu. Tam to dopiero martwią się ewentualną wygraną!

Organizowany od 1956 roku konkurs, rzeczywiście wiąże się z sporymi nakładami finansowymi. I to już w fazie pół-finałowej. Każdy z uczestników musi wnieść opłatę w wysokości około 160 tysięcy dolarów. Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej wydatków, związanych z organizacją lokalnych eliminacji i przygotowaniem występu reprezentanta. Nagrodą jest promocja kraju na antenach telewizyjnych całego kontynentu. Prestiż wątpliwy, bo od jakiegoś czasu podczas konkursu triumfują nie piosenki, lecz narodowe sympatie i antypatie. Dzieląc zjednoczoną Europę np. według klucza emigracyjnego. Nieprzypadkowo polscy wykonawcy tak bardzo liczyli na głosy Wielkiej Brytanii, a Turcy - na przychylność widzów z Niemiec.

.html
 Loreen wygrała w ubiegłym roku piosenką "Euphoria", teraz Szwecja musi organizować finał/Wikipedia
Turcja w tym roku również wyłamała się z konkursu. Kraj zabiegający o członkostwo w Unii Europejskiej, poddał obecną formułę konkursu ostrej krytyce. Turkom nie podoba się, co oczywiste, podział pół na pół, jeśli chodzi o zliczanie głosów telewidzów i jury w danym kraju. Drugi z zarzutów dotyczy już głębszego problemu. Eurowizja, która chce być świętem piosenki całego Starego Kontynentu, tak naprawdę stosuje wobec poszczególnych państw zasadę równy i równiejszy. Tzw. Wielka Piątka ma więc  zagwarantowany udział w finale. Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy trafiają tam nawet z najbardziej nieudaną piosenką. I jak tu mówić o zdrowej rywalizacji?

Eurowizja nigdy nie uchodziła za piosenkarski Olimp. Nie ma co się oszukiwać, że prezentowane podczas konkursu piosenki to znaczące utwory. Takie przykłady jak "Waterloo" ABB-y, "Hard Rock Allelujah" Lordi czy nawet pocieszne "Save Your Kisses for Me" Brotherhood of Man tylko potwierdzają regułę. Na Eurowizji króluje lukrowany festiwalowy kicz, urozmaicany albo folklorem (zeszłoroczne Buranowskie Babuszki) albo choreograficzną ekwilibrystyką. Czy zatem należy się martwić widmem konkursowej secesji? Tak, bo Eurowizja to stracona, ale jednak szansa na popową identyfikację Starego Kontynentu.

Jeśli obecna tendencja się utrzyma, Europejską Unię Nadawców (zrzeszającą uczestników) czeka perspektywa schizmy i powrotu do dawnej formuły konkursu. Czyli swoistej piosenkarskiej strefy euro; ograniczonej zasięgiem do Europy Zachodniej i wpędzającej inne kraje w kompleks niższości. Szkoda, bo doskonaloną przez pół wieku machinę konkursu można wykorzystać w inny sposób. Np. organizując prawdziwe, a nie wirtualne spotkanie narodowych odmian muzyki rozrywkowej. Gdzie o uznanie widowni walczą rzeczywiście najpopularniejsi, a nie wysyłani na odstrzał wykonawcy. Gdzie nie istnieją złe gatunki, tylko dobre piosenki. Gdzie wielokulturowość oznacza faktyczne przenikanie się inspiracji, a nie umacnianie stereotypów. Tyle, że taki konkurs musiałby oznaczać rezygnację z blichtru i minoderyjnej estetyki. Podstawowych składników eurowizyjnej diety, którą wielu uznaje wciąż za całkiem zjadliwą. O ile nie trzeba organizować posiłków u siebie...




Komentarze
  • I bardzo dobrze, TVP dba byśmy pielęgnowali pamięć o legendarnym jak mecz na Wembley debiucie Edyty Górniak na Eurowizji gdzie - jak zawsze - otarliśmy się o zwycięstwo. kolejne występy tylko zatarłyby tamto wspomnienie. po co Eurowizja w kraju w którym Koko Euro Spoko wywołuje histerię?

  • Eurowizja w ogóle mnie nie interesuje, jak dla mnie może jej nie być, a jak się wyda zaoszczędzone pieniądze na coś na wyższym poziomie, to bardzo dobrze. Chociaż akurat wątpię, że oszczędności na Eurowizji będą miały przełożenie na coś ciekawszego.

    • Oszczędności pójdą na premie dla Lisów.

  • Kiczowata Eurowizja już dawno powinna przestać się bawić w ten dziwaczny konkurs. Znów by Wiśniewski poleciał, i Europa by pomyślała że ta Polska ma jednego piosenkarza w kraju. A tak całkiem serio Eurowizja nie ma nic wspólnego z konkursem muzycznym.

  • Nie znoszę Eurowizji, mam na nią uczulenie! Bardziej bzdurnego konkursu to chyba nigdy nie było. Zawsze było to słabe widowisko, ale w ostatnich latach jest to po prostu żenada...

  • Takie konkursy,czy tez festiwale w Sopocie czy Opolu,ani mnie ziebia=ani grzeja. Od dawna dalem sobie z nimi spokoj! A brak Polaka na Eurowizji calkowicie popieram-po co sie dolowac jednym z ostatnich miejsc? ;)