Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Gregorian w szczecińskiej Azoty Arenie: Wieczór Mistrzów /relacja z koncertu/

Gregorian w szczecińskiej Azoty Arenie: Wieczór Mistrzów /relacja z koncertu/

2016-03-18 Krzysztof Węgrzyński
 fot. Krzysztof Węgrzyński

Słynni "zakonnicy" podczas trasy „Final Chapter Tour” postanowili odwiedzić trzy polskie miasta - Gdańsk, Szczecin i Warszawę. Panowie w kapturach dali czadu!

Spodziewałem się dobrego koncertu, nawet bardzo dobrego, ale to co zobaczyłem i usłyszałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Już na początku relacji musiałem zdradzić swoje odczucia po tym fantastycznym show, ponieważ dawno nie uczestniczyłem w tak doniosłym wydarzeniu,  a widziałem tysiące zespołów na żywo, również tych, które są uznawane za machiny koncertowe.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że Gregorian opierają się przede wszystkim na własnych aranżacjach znanych już utworów (a przecież najbardziej lubi się to, co już się słyszało), ale poziom wykonania, własnej inwencji, instrumentalnej wirtuozerii (tak, tak – Gregorian to nie tylko sympatyczni panowie w habitach!) i przede wszystkim doskonałych głosów, sprawia, że każdy uczestnik show bez wątpienia zapamięta je na długo.

Występ zaczął się punktualnie, co niestety nie jest takie oczywiste podczas występów innych artystów. Publiczność zgromadziła się licznie, jednak hala Azoty Arena Szczecin mogła dzisiaj pomieścić znacznie większą widownię. Na szczęście frekwencja była na tyle dobra, że powstała przyjazna atmosfera, wszyscy chłonęli widowisko i muzykę, co udzieliło się również zespołowi, który z utworu na utwór prezentował się coraz lepiej.

Dwa pierwsze utwory były dobrym wstępem, ale nie tylko zespół rozkręcał się z utworu na utwór – również realizatorzy dźwięku popisali się świetnym wyczuciem. Po kilku minutach brzmienie i proporcje były już doskonałe. A trzeba pamiętać, że miejsce, w którym odbywał się koncert nie jest pod względem akustycznym proste dla realizatorów. Świetnie ustawione poziomy głośności pozwały na selektywne odbieranie wszystkich artystów, co przy takiej ilości ludzi na scenie nie jest proste. Co ważne – nie było też za głośno, a to często po nawet dobrym koncercie daje nieprzyjemne odczucia już po powrocie do domu.

Dla uszu...

Chór wraz zespołem zaserwowali dwuczęściowy koncert, którego setlista była naszpikowana światowymi przebojami. Usłyszeć można było utwory takie jak "Shout" Tears For Fears, "One" U2,   "Kiss from a Rose" Seal'a, "Hells Bells" AC/DC, "Crazy Nights" Kiss, "Time To Say Goodbye" Bocelliego i wiele, wiele innych znanych i lubianych utworów. Pod względem muzycznym wszystko było dopięto na ostatni guzik i nawet najbardziej wymagające ucho nie mogłoby tego wieczoru usłyszeć choćby jednej fałszywej nuty. Gregorian zaskoczyli najwyższym poziomem wykonania muzycznego – żeby było sprawiedliwie, musiałbym każdemu z osobna poświęcić co najmniej jeden akapit. Coś na co jestem wyczulony szczególnie, czyli gitary – zabrzmiały bardzo plastycznie, wybornie wtapiając się w tło podczas partii rytmicznych oraz wybijały podczas popisów solowych, których gitarzyści mieli wyjątkowo dużo, co bardzo ucieszyło nie tylko mnie, ale również zebraną w hali publikę. Fantastyczny klimat stworzył na klawiszach dyrektor muzyczny zespołu Jan-Eric Kohrs, a perkusista zostawił na scenie dużo zdrowia (jego ekwilibrystyczna gra musiała zaszokować każdego!). Na pierwszym planie byli oczywiście "zakonnicy", którzy potrafili doskonale śpiewać zarówno razem jak i w osobnym partiach solowych. Byli klasą sami dla siebie, brzmieli wspaniale, ale momentami show kradli im wokalistka i wokalista, którzy pokazali najwyższy kunszt wokalny przyprawiając o ciarki i szybsze bicie serca.

 

...i dla oczu

Całości wielkiego show dopełniły efekty specjalne i oryginalna scenografia. Doskonała gra świateł, w której czynnie uczestniczyli Gregorianie, zrobiła ogromne wrażenie. Członkowie chóru oprócz śpiewu ciągle zaskakiwali przemyślaną choreografią, która sprawiała wrażenie wyćwiczonej do perfekcji. Oprócz świateł, laserów, luster oraz wyświetlanych filmów i wizualizacji, publiczność zobaczyła niesamowite solo perkusyjne zagrane... płonącymi pałeczkami (a do tego perkusista wielokrotnie rytmicznie zionął ogniem!), strzelające gitary, serpentyny, deszcz... Działo się naprawdę dużo!

 

A kto nie był ten...

Wyjątkowe show, które nie mogło się nie spodobać. Świadczyć o tym może kilka owacji na stojąco i niezwykle żywiołowy odbiór koncertu przez zebranych w hali fanów muzyki. Mimo długiego występu, zespół pozostawił pewien niedosyt. Przebojów zagranych zostało wiele, ale nikt nie pogardziłby, gdyby koncert przeciągnął się o kolejne ponad dwie godziny. Życzę sobie i innym więcej takich wieczorów!

 

Koncert odbył się 15 marca w szczecińskiej Azoty Arenie.


Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl.

 

Komentarze