Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > ( ) jeden orgazm za daleko

( ) jeden orgazm za daleko

2014-02-20 Michał Wyjadłowski
Lars von Trier to mistrz sprzedawania seksu powiązanego ze skandalem. Mistrz nieco z przypadku. Przypadkowe nie są za to marketingowe zabiegi wokół jego ostatniego filmu.
 
.html
 Scena z "Nimfomanki"/Gutek Film
Coraz częściej na sukces filmu bardziej od jego jakości wpływa sfera promocyjna.  Odpowiednia kampania reklamowa może przecież zdziałać cuda. Przyciągnąć widzów choćby na największy gniot. Co jednak zrobić w przypadku, gdy film dopiero powstaje i już na starcie ma ograniczone szanse na wysoką frekwencję w kinach? Z powodu braku gwiazd światowego formatu, ciężkiego tematu, złej reputacji twórców i tysiąca innych rzeczy?
 
18 maja 2009 roku. Światowa premiera "Antychrysta" na festiwalu w Cannes. Ogromne kolejki do kas i bezlitosna reakcja dziennikarzy po seansie. Na czym skupiono się w relacjach i recenzjach? Na dosłownych scenach seksu i okrucieństwa. 
 
Sam film nie zasilił grona wybitnych dokonań w kinematografii, ale to znacznie więcej niż jedynie seks i przemoc. Nudna i szczegółowa analiza nie przyciągnęłaby jednak czytelników. Barwne przymiotniki, którymi przerzucali się krytycy opisując zrodzone z depresji dziecko Larsa von Triera, zadziałały. O filmie mówiło się często i głośno. Zdania widzów były podzielone, zanim jeszcze "Antychryst" trafił do kin. Nawet zdjęcia von Triera, pozującego w czasie Cannes ze skierowaną w stronę fotografów pięścią i wytatuowanym na palcach słowem "FUCK", przemknęły bez większej uwagi. Kontrowersje wokół filmu nie ominęły także polskiego podwórka. Senatorom z prawej strony sceny politycznej nie spodobało się, że PISF współfinansował ten "satanistyczno-pornograficzny film". Ich desperacka interwencja w postaci listu do ministra kultury nie zdołała ochronić czystych dusz rodaków. Na film wybrało się w Polsce ponad 100 tys. widzów. Zamieszanie wokół "Antychrysta" pokazało siłę mediów i pragnienie skandalu publiczności. Zadanie speców od marketingu polegało jedynie na umiejętnym podsycaniu napięcia.
 
Dwa lata później, podczas tego samego festiwalu, również nie obyło się bez skandalu. Po ceremonii zakończenia mówiło się, że von Trier wygrałby "Melancholią" Złotą Palmę. Wygrałby, gdyby nie pamiętna konferencja prasowa. To wtedy padły słowa o odkryciu w sobie nazisty i zrozumieniu dla Hitlera. Z zamierzonej jako ciężki żart wypowiedzi, Duńczykowi nie udało się potem wybrnąć. Na nic zdały się tłumaczenia aktorów, mówiących o specyficznym humorze i stylu reżysera. Wyrok został wydany i ogłoszony ustami Thierry'ego Fremaux – persona non grata festiwalu. Nie dotyczył on jednak filmów - te wciąż były mile widzianymi gośćmi. Po tym wydarzeniu von Trier zdecydował, że wywiady udzielone przy okazji premiery "Melancholii" będą jego ostatnimi, a on sam nie wypowie się więcej publicznie. Już wtedy wspominał o nakręceniu kilkugodzinnego filmu pornograficznego z Kirsten Dunst i Charlotte Gainsbourg w rolach głównych. Pomysł wówczas wydawał się tylko tanią prowokacją.
 
Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której film von Triera miałby premierę w Cannes, a jego samego by na niej zabrakło. Nie od dziś wiadomo, że festiwal ten stanowi świetną platformę promocyjną. Uważany jest w końcu za najbardziej prestiżowy, przyciąga dziennikarzy z każdego zakątka świata. Należał zresztą do ulubionych miejsc reżysera; to tutaj zaprezentował większość swoich filmów. Zabrakło Cannes, zabrakło siły głosu von Triera. Jedynym wyjściem była wiara w jego fanów lub położenie nadziei w marketingowcach.
 
.html
Plakaty drugiej odsłony filmu/Gutek Film
Najlepszy reżyser świata (to jego własne słowa) zdecydował, by w imieniu jego i "Nimfomanki" przemówili inni. The Einstein Couple (czyli małżeństwo Philip Lipski i Maria Biilmann) - to właśnie im przypadła rola promotora najbardziej kontrowersyjnego filmu von Triera. Po kilku niezbędnych wskazówkach reżysera, przystąpili do pracy. Kampania miała być w zamyśle skierowana do wszystkich "z wyjątkiem zakonnic, mnichów i dzieci".
 
Zaczęło się standardowo, od informacji o kompletowaniu obsady. Zarys fabuły nie był znany, za to wszyscy wiedzieli, że to właśnie o "ten" film chodzi. Kolejne nazwiska wiążących się z projektem aktorów, powiązane z wyobrażeniem na jego temat, rozpalały emocje i pobudzały wyobraźnię. Wiadomość o rewolucyjnej technice kręcenia scen erotycznych - polegającej na nakładaniu ciał aktorów na ciała ich porno dublerów - tylko potwierdziły przypuszczenia. Będzie skandal, protesty i elaboraty o upadku kina i moralności. 
 
Pierwszy plakat filmu był zaskakująco skromny: ogromny znak "( )" na białym tle (Zastąpił on potem literę "o" w tytule). Skojarzenia nasuwały się same, a hasło "Forget about love" tylko utwierdziło domysły. Początek był więc obiecujący. Następny krok stanowiło zaprezentowanie zdjęcia promocyjnego "z planu" (cudzysłów nie jest przypadkowy). Aktorzy w niedwuznacznych pozycjach, chusteczki, ręczniki i von Trier kręcący wszystko z boku. Zaklejone taśmą usta "mówiły" wszystko. Dało się w tym wyczuć spory dystans ekipy i PR'owców do całego przedsięwzięcia. 
 
Nic jednak nie działa tak na widzów, jak fragmenty filmu. Ujawniono więc tytuły rozdziałów "Nimfomanki", ogłoszono powstanie nowego gatunku filmowego - dygresjonizmu, wreszcie zaczęto wpuszczać do sieci krótkie scenki - "Przystawki" - z każdego z 8 rozdziałów. Budziły one większe lub mniejsze kontrowersje i domysły, ale na pewno podtrzymywały zainteresowanie całym filmem. 
 
Za najlepszy krok małżeństwa marketingówców można uznać serię 14 plakatów z bohaterami filmu przeżywającymi orgazm. Tak bardzo spodobała się duńskim krytykom, że oni również zapragnęli takich posterów, oczywiście ze sobą w roli głównej. W ślad za nimi podążyli krytycy polscy, a za nimi solidarnie węgierscy i islandzcy. Zwiastun, będący daniem głównym każdej kampanii, przyjęty został dobrze i rozbudził apetyt na więcej. Został usunięty z serwisu YouTube, co oczywiście pomogło filmowi. Nic nie pociąga bardziej niż zakazany owoc. Data premiery w Danii, wyznaczona na Boże Narodzenie, podgrzała atmosferę do czerwoności.
 
Promocji przysłużyli się i aktorzy, z Shią LaBeoufem na czele. Niedawny pupilek Spielberga pogubił się trochę w rzeczywistości. Chcąc odciąć się od blockbusterów, zaczął brać udział w mniej lub bardziej artystycznych przedsięwzięciach. Jakość aktorstwa może wpłynąć na jakość filmu, sytuacja odwrotna jest niemożliwa. O zasadzie tej LaBeouf, spóźniony buntownik, zdał się. Bądź co bądź, jego udział w "Nimfomance" odbił się szerokim echem, zwłaszcza za oceanem. Zdjęcie penisa wysłane producentom, podekscytowanie z jakim opowiadał o pracy na planie - nie sposób było przejść wobec tego obojętnie. Nieważne, że z reguły te historie powodowały zmieszanie, by nie powiedzieć zażenowanie. Efekt został osiągnięty. 
 
Na deser zaproponowano dyskusje, co do długości dzieła. Materiału było tak wiele, że nie było mowy o zmieszczeniu wszystkiego w jednym filmie. Zdecydowano zatem podzielić "Nimfomankę" na dwie części, po 2 godziny każda. Nie miała to być jednak ostateczna wersja - ta bowiem miała trwać aż 5,5 godziny. Pierwszą - dłuższą o 25 min. od kinowej wersji - część pokazano na tegorocznym Berlinale. Nadzieje były spore, jednak legły w gruzach wraz z napisami końcowymi. Dodane i wydłużone sceny dotyczyły głównie dialogów, choć znalazło się kilka o mocno erotycznej treści. Bardziej jednak niż o tych scenach debatowało się o von Trierze i LaBeoufie (obaj byli w Berlinie). Pierwszy pozował do zdjęć w czarnej koszulce z logo Cannes i podpisem "Persona non grata - Official selection". Drugi wyszedł z konferencji prasowej, a na czerwonym dywanie zaprezentował się w nietypowym nakryciu głowy - papierowej torbie z napisem "I Am Not Famous Anymore".
 
Jak cała kampania "Nimfomanki" ma się do filmu? Cóż, oczekujący szoku, nie tylko wizualnej orgii i rumieńców, będą rozczarowani. Nie świadczy to o wpadce artystycznej - przeciwnie, film jest bardzo dobry. Druga część nie trzyma może świetnego tempa pierwszej, ale to wciąż niezły wynik. Gdyby oceniać film na podstawie promocji, trudno byłoby uniknąć słów "rozczarowanie" i "niedosyt". Wypowiedzianych szeptem, ale jednak. Jeżeli podejmiemy się oceny samej otoczki wokół filmu, wynik byłby znacznie wyższy. Główny cel został spełniony; film był chyba na każdej liście najbardziej oczekiwanych premier roku, słyszał o nim każdy. A to, że seks na ekranie nie był tak odważny, jak zapowiadano i został pokazany w zaskakująco chłodny, czasami wręcz bezemocjonalny sposób, to inna sprawa. Wędka została zarzucona, przynęta chwyciła. Zadanie wykonane.
 
Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej artykułów początkujących dziennikarzy na redakcyjnym blogu tutaj.



KULTURA ONLINE W TEMACIE:

Wszystkie chwyty von Triera - Gdy przychodzi do wnikania w zawartość jego dzieł, nagle okazuje się, że nie ma ucieczki przed osobą reżysera. Bo von Trier schowany za kamerą tak naprawdę jest głównym bohaterem swoich filmów. To, w jaki sposób manipuluje emocjami widzów, wystawia ich oczekiwania na ciężką próbę czy doprowadza aktorów do granic profesji, fascynuje niekiedy bardziej niż sam przebieg fabuły - więcej tutaj.
 
Antychryst - Duńczyk mógł nakręcić ambitny, porażający klimatem horror, ale wybrał drogę na skróty i zamiast opowiedzieć porządną historię, uciekł w stronę bełkotliwej perwersji - więcej tutaj.



  









Komentarze
  • Świetny tekst o ciekawym przedsięwzięciu filmowym i marketingowym. Filmu jeszcze nie widziałem ale podsyciliście jeszcze bardziej moje nadzieje z nim związane ;)

  • Tekst rzeczywiście bardzo fajny, nie zdawałam sobie sprawy, że promocja tego filmu była tak skrupulatnie zaplanowaną akcją marketingową. Jak na wielkie oczekiwania przystało - pozostał raczej niedosyt.

  • I moim zdaniem bardzo dobrze,ze przyneta chwycila.W stosunku do zwyklego kinomana mozna sie bylo tego spodziewac-szkoda tylko,ze na pasku von Triera chodzili rowniez dziennikarze. Zreszta nie pierwszy i mam wrazenie,ze nie ostatni raz. :) To wlasnie oni podsycali napiecie.

  • Nie od dziś wiadomo, iż reklama jest dźwignią handlu. Seks w dzisiejszych czasach bardzo dobrze się sprzedaje. Jednak dopóki samemu człek nie zapozna się z dziełem, dopóty będzie mamiony reklamami...

  • Rewelacyjny tekst.