Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Katarzyna Bolec: Świat o mnie na chwilę zapomniał

Katarzyna Bolec: Świat o mnie na chwilę zapomniał

2014-01-16 Sabina Lewicka

O spojrzenie na poezję i mity w niej obecne, a także o fascynacje literackie pytamy nagradzaną, a przy tym skromną poetkę z Podkarpacia. Autorkę debiutu roku 2012 za tomik "Plusk".


.html
 Okładka tomiku "Plusk"

Sabina Lewicka: Za wiersze z tomiku "Plusk" otrzymałaś wiele nagród i wyróżnień, m.in. w konkursie poetyckim im. Rainera Marii Rilkego (2011), Struna Orficka (2010), C.K.Norwida (2010), Jana Kulki (2009), Praska Przystań Słowa (2004). Nowa Okolica Poetów wydrukowała twój debiutancki tomik, ale nie zorganizowała promocji. Dopiero tego wyzwania podjął się dr Stanisław Dłuski. Oni sami zaproponowali ci druk książki? Jak odbierasz taki rozwój wypadków?

Katarzyna Bolec: Promocja wyszła z Nowej Okolicy Poetów. Z tego powodu jestem zadowolona, bo wiemy, że w dzisiejszych czasach większość ludzi piszących wydaje książki własnym sumptem, co nie jest takim idealnym rozwiązaniem. Jednak Nowa Okolica Poetów wydaje sporo  tomików, ma zresztą swoją bibliotekę, to jest  dosyć komfortowe dla kogoś kto wydaje swój pierwszy tomik, bo nie musi pukać do drzwi wydawców. Dlaczego tomik ma swoją promocję dopiero teraz? To jest dobre pytanie, bo został wydany w grudniu 2012 roku. Trudno mi  na nie odpowiedzieć. Myślę, że jest to wypadkowa wielu prozaicznych okoliczności, jedną z nich jest to, że przez ostatni rok zajmowałam się trochę innymi rzeczami i poezja przez to zeszła na dalszy plan. Nowa Okolica Poetów (Jerzy Fąfara – wydawca, bo  Nowa Okolica Poetów  jest pismem wydawanym przez Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu), rozsyłała tomik na różne event’y, np. konkursy wydawnicze typu Złoty Środek Poezji, Silesius, takie topowe wydarzenia w Polsce. Za co jestem wdzięczna, bo udało mi się zdobyć wyróżnienie w konkursie na  debiut roku 2012 na Festiwalu Złoty Środek Poezji. Tak, jak powiedziałam,  o promocję aż tak nie zabiegałam, bo byłam zajęta promowaniem zupełnie czegoś innego (uśmiech),  ale może Nowa Okolica Poetów ma taki styl promowania swoich debiutantów, że ...

...rzuca się ich na głęboką wodę.

Trochę się ich rzuca. Może to był właśnie ten tut łowy "plusk", a  ja tak pluskałam się. Hehe. Na pewno jest sporo plusów, jestem zadowolona ze współpracy. Ale też trzeba przyznać, że ta promocja jest  trochę opóźniona w czasie i nie jest zorganizowana przez Nową Okolicę Poetę, tylko przez dr Stanisława Dłuskiego, który to pismo współtworzył. Mam nadzieję, że w przyszłości uda nam się te energie połączyć i może spotkamy się wszyscy w jakimś przyjaznym porcie. Ten czas od wydania tomiku wydaje mi się tak naprawdę krótki.  Dostałam nagrodę w czerwcu za debiut, potem były  recenzje, i te wszystkie  wydarzenia dawały mi takie poczucie, że "Plusk" jest w jakiś sposób zauważany, coś się dzieje.

Też nie chciałam wieczoru w takim miejscu, które będzie mi się kojarzyło z akademią szkolną, jak to czasami bywa. Nie było energii, nie było tematu. Tak, jak mówiłam,  w tamtym roku zajmowałam się rzeczami bardziej prozaicznymi.  Jednak to poezja okazała się punktem zaczepienia, choć wydawało się, że będzie tylko jednym z elementów, niekoniecznie bardzo ważnym.

 Jak uważasz, komunikacja z czytelnikami, czy też z poetami młodymi, lub ze starszego pokolenia ma dla ciebie jakieś znaczenie?

Wydaje mi się, że każdy piszący ma taką potrzebę, żeby to gdzieś zamieścić. Na pewno pisanie do szuflady jest okropne.   Piszę wiersze od wielu lat i zawsze starałam się gdzieś z nimi wychodzić, poprzez konkursy, czy jakieś festiwale, ale jednak to była zawężona grupa odbiorców. Wieczorku własnego do tej pory jeszcze nie miałam i też nie dążyłam do tego. Może dlatego, że zwykłe wieczorki poetyckie mają swoją konwencję, która nie zawsze mi odpowiadała. Ja może tak naiwnie, w młodzieńczy sposób, chciałam mieć wieczorek, który byłby z pogranicza różnych sztuk, który nie byłby patetyczny, na którym nie byłoby poezji śpiewanej. Taki event’owy wieczorek, który w żaden sposób nie przypominałby akademii szkolnej, spotkania w salce przykościelnej, nie wiem jak to ująć?

Dla mnie ważne było to, żeby pojawiały się   recenzje, żeby wiersze były drukowane, nawet w niszowych pismach, żeby krytycy się tym zajęli. Może nie koniecznie ze snobizmu, może z potrzeby akademickości. Zależało mi na poukładaniu tego, co robię.

Poruszyłaś kwestię stereotypowego wieczorku poetyckiego. Czy analogicznie zmagasz się z podobnym wyobrażeniem poety, który jest nadwrażliwy, oderwany od rzeczywistości i, któremu wszystko wolno?

.html
 Plakat reklamujący spektakl poetycki na podstawie wierszy z tomiku "Plusk"

Może skupiłabym się na tych dwóch: oderwany od rzeczywistości i nadwrażliwy, a któremu wolno wszystko to nie, bo ja nigdy nie miałam  poczucia, że przez to swoje pisanie  mam prawo do łamania zasad. Uważałam przez całe życie, żeby nie być odbierana jak taka licealna poetka, która chodzi od rana do wieczora  rozczochrana... Może to się wzięło właśnie z liceum, bo pamiętam, że w liceum, do którego chodziłam był taki styl, to był koniec lat ’90, lata grungu i wtedy większość dziewczyn, które coś robiły, w mniejszym bądź większym stopniu, czochrało włosy, nosiły martensy, czy takie porozciągane swetry. Nie chciałam być nigdy taka artystowska, panicznie bałam się   przerostu formy nad treścią. Może mnie to w życiu zgubiło? Może tej formy było za mało, może faktycznie, a wiemy jakie teraz są czasy, j oprawa jest  ważna, a nie tylko treść. Bo nawet jeśli fajne teksty będą w niezbyt klimatycznym miejscu zaprezentowane, przed jakimś bardzo, bardzo wąskim gronem, to też coś się może zgubić.

Nigdy nie starałam się być artystowska, starałam się żyć w miarę konkretnie, uczyć się,  pracować, nie prowadzić życia hipisowskiego, czy hipsterskiego. Trochę mnie ono raziło i przerażało jednocześnie. Zawsze też starałam się trzymać wyobraźnię pod kontrolą, żeby to moje pisanie nie stało się życiopisaniem. Moi znajomi przeszli do porządku dziennego nad tym, że piszę wiersze, że mam, może trochę rozbujałą wyobraźnię. Ale lepiej umieć bawić się słowami niż ludźmi.

Twoje wiersze wyróżniają się bardzo widoczną konkretyzacją, są przedmioty, ubrania, ale nie ma biologii, ciała i nie narzucają się z treściami metafizycznymi, a nawet uczuciowym.

Tak, nie wiem, w jakim stopniu panuję nad tym, bo proces twórczy  nie do końca jest kontrolowany, nawet jeśli piszę teksty, pracuję nad formą to okazuje się, że pewne rzeczy  i tak dzieją się poza mną. To co można zauważyć z łatwością czytając cudze teksty, analiza lub interpretacja przy swoich tekstach jest nieistotna, pracują inne mechanizmy, mimo tego, że  ma się świadomość, czy to jest dobre, czy jeszcze nadaje się do poprawki, czy tez efekt końcowy został już osiągnięty.

Faktycznie, wiersze z tego tomiku powstawały przez ostatnie 7 lat. Mniej więcej od szkoły średniej, czy podczas studiów  uczono mnie, że nie należy mówić o uczuciach w pierwszej osobie, tylko zawsze liryzm   powinien być podparty jakimś obrazem dla  uniknięcia patosu, terroru lirycznego,  braku wiarygodności . Uczucia, emocje to są rzeczy, które bardzo trudno opisać i jeśli nie obsadzimy ich w konkretnych dekoracjach, nie nadamy im szkieletu, formy, to może nas to bardzo zgubić, bo będzie to rozmyte albo stanie się zbiorem frazesów.

A to, że w moich wierszach nie  ma ciała, no nie wiem. W najnowszych tekstach, które powstały w przeciągu roku, jest trochę tego ciała więcej, więc może jest to, jakaś zmiana. Ciała jest więcej i to ciało często boli.

To tak, jak gdyby przejście od ogółu do szczegółu, od świata do ja?

Ja dalej jestem w ogóle, chyba zawsze będę w ogóle, bo wydaje mi się, że nie jest w dobrym tonie w poezji takie skupianie się na sobie. Jeśli chodzi o lirykę osobistą, jest mnóstwo wierszy w literaturze pisanych w pierwszej osobie, ale wydaje mi się, że trzeba naprawdę mieć odpowiednią osobowość, żeby tak pisać. Może wynika to właśnie z tego, że ja nie lubię  swojego lirycznego JA, JA, JA. Ja nie musze  muszę być na pierwszym planie. Uważam, że lepszy jest dystans, budowanie otoczki zanim dojdzie się do tego punktu kulminacyjnego. Tak jak w piosenkach refren śpiewany pełnym głosem nie powinien być na początku, wcześniej trzeba  zbudować  napięcie.  Bardo lubię napięcie emocjonalne w wierszach.

Może wynika to też z moich fascynacji literackich.   Szymborską odkryłam  w liceum. Na przykład do moich ulubionych  wierszy jej autorstwa  należy "Przy winie” – liryk, w którym w ogóle nie padają żadne wyznania uczuć, ani odniesienia do cielesności tylko jest przedstawiona sytuacja , kiedy podmiot liryczny nagle wyznaje:

 

Spojrzał, dodał mi urody,

a ja wzięłam ją jak swoją.

Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę.

(...)

Stół jest stołem, wino winem

w kieliszku, co jest kieliszkiem

 

Tak naprawdę niczego nie wiemy o tej osobie, poprzez te rekwizyty, sytuację dochodzimy do  wyznania. Na końcu Szymborska pisze:

 

Kiedy on nie patrzy na mnie,

szukam swojego odbicia

na ścianie. I widzę tylko

gwóźdź, z którego zdjęto obraz...

 

To jest taka wstydliwość uczuć, która nie wynika z nieśmiałości, z braku warsztatu, potrzeby, czy  chłodu emocjonalnego.   Dla mnie to zdanie mówi więcej niż  liryki Tetmajera z odważnymi opisami aktów seksualnych.

 

Motyw milczącej Pocachontas, lub elementy kultury anglojęzycznej. Skąd takie zainteresowania?

Ten motyw istnieje, chociaż do końca nie zdawałam sobie z tego sprawy.  Jestem z wykształcenia anglistką, więc kultura anglojęzyczna jest mi bliska.  Jestem na pewno w jakimś stopniu ukształtowana przez  popkulturę amerykańską, np. przez muzykę. To we mnie siedzi bardzo głęboko.

Tutaj ta Pocachontas  pojawia się trochę przypadkowo. Wbrew pozorom, nie byłam nigdy zafascynowana Pocachontas, ani Indianami. Jeśli chodzi o te dwa wiersze, to powstały one  pod wpływem obrazu filmowego, w którym młoda Indianka zostaje wyciągnięta ze środowiska naturalnego i wtłoczona w nowe środowisko, w którym nie potrafi się odnaleźć. Pamiętałam gdzieś  obraz Pocachontas z filmu Disneya, jako młodej Indianki, która potrafi oswoić przyrodę i to ona jest osobą, która uczy Johna Smitha, jak odnaleźć się w świecie  natury. A tak naprawdę  Pocachontas wyjeżdża do Anglii w XVIII wieku, do Londynu, który jest brudnym  zatłoczonym miastem. Interesujące jest to zagubienie, nie czarodziejki, nie mitycznej bohaterki, tylko zwykłej dziewczyny, która musi nauczyć się  świata od nowa, musi nauczyć się żyć. Mnie to bardzo poruszyło i nałożyło się na moje własne poczucie wyobcowania, którego  z upływem lat nie mogę się pozbyć. Ciekawe było to uczenie się życia od nowa poprzez język, nawet poprzez ubranie, codzienność.

Czy potrzebujesz mistrza?

 Chyba nie. Mam bardzo duży szacunek do osób, które są ekspertami w danej dziedzinie. Lubię czytać klasyków. Bardzo często wracam do "Lalki” Prusa. Uspokaja mnie. Uwielbiam te opisy, współczesny język, ironię, przeźroczystość narracji, poczucie humoru Prusa. Chyba bardziej potrzebuję nauczyciela niż mistrza. Mądrego nauczyciela, bo jak mówi Tori Amos: słowo-power-nie wystarczy. Co z bezpieczeństwem, co z mądrością?

Jak twoja rodzina odbiera to, że piszesz poezję? Jak wujek – Edward Bolec odbiera ten fakt?

Wujek, z racji tego, że jest moim wujkiem, jest ode mnie sporo starszy.  Napisał trzy powieści , każdą z nich przeczytałam.  Do jednej z nich wróciłam po latach i muszę powiedzieć, że rozumiem ją bardziej niż kiedyś, chociaż jest napisana w zupełnie innym stylu, poetyce  niż moja. Za Adamem Zagajewskim powtarzam, że poezja jest poszukiwaniem blasku, jednak z wiekiem widzę, że można pozwolić sobie na nieco więcej, może nie mroczności, ale ostrości. Teraz zaczyna mnie to bardzo pociągać w poezji, nie mroczność, ale ostrość.

Jak wujek mnie postrzega? Szczerze mówiąc, myślę, że mi kibicuje na swój sposób. Bo zarówno on, jak i ja jesteśmy osobami piszącymi.

 

Spektakl poetycko – muzyczny promujący debiut roku 2012 tomik "Plusk” obiecującej poetki Katarzyny Bolec , już dzisiaj (16.01.2014) w pubie Kontakt w Rzeszowie.


Wywiad powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej tekstów na nowej odsłonie bloga tutaj.











Komentarze
  • Tytulowe zdanie-jak na skromna poetke-wywoluje jednak dysonans.Szkoda,ze bedac nie do konca zadowolona z promocji swego tomiku,Katarzyna Bolec nie stara sie promowac swych wierszy w konwencji ktora jej odpowiada.