Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Kilka godzin w domku z kart

Kilka godzin w domku z kart

2014-01-13 Monika Branicka

Wybitny aktor w roli głównej, wachlarz złożonych postaci oraz emocjonująca konstrukcja fabuły to z pewnością walory, bez których "House of Cards" nie odniosłoby sukcesu.

.html
 Kevin Spacey/Ale Kino Plus

Jest opanowany, stanowczy, pewny siebie i swoich słów. Wie, o czym mówi. Doskonale zna świat polityki i wszystkie jego zakamarki. Potrafi przewidzieć nie tylko zachowania bliskich współpracowników, ale także ruchy swoich rywali. I chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych, a największą przyjemność stanowi władza. Nazywa się Frank Underwood (w tej roli niezastąpiony Kevin Spacey) i jako bezwzględny kongresman znajduje się w samym centrum politycznego thrillera.

"House of Cards", bo o tym tytule mowa, to amerykański serial telewizyjny, którego fabuła wciąga już od pierwszego odcinka. Pewnie dlatego, że akcja toczy się wokół polityki, a to przecież żywioł krewki i skomplikowany. Środek domku z kart to idealne miejsce dla rozgrywającego. Można snuć plany, obserwować posunięcia innych i – wreszcie – wybierać najlepsze formy ataku. Robić wszystko to, co Frank Underwood lubi najbardziej. Na ujawnienie prawdziwej natury głównego bohatera nie trzeba zresztą długo czekać. Już od pierwszego odcinka możemy obserwować, w jaki sposób planuje zemstę na zimno. A nie jest w tym osamotniony. Człowiek o wielkiej sile ma za sobą całe zaplecze oddanych pomocników – oziębłą i ambitną żonę Claire (Robin Wright), wiernego współpracownika Douga (Michael Kelly) oraz temperamentną i seksowną dziennikarkę Zoe (Kate Mara).

Pierwszy sezon produkcji to cała seria trzymających w napięciu wydarzeń. Wszystko zaczyna się od niedotrzymanej obietnicy, która prowokuje chęć odwetu i masę intryg. Zamiast upatrzonego fotela sekretarza stanu, jest zwykłe uczucie upokorzenia. Kongresman robi więc wszystko, aby zbliżyć się do prezydenta Stanów Zjednoczonych i odegrać się na nim za złamane słowo. Na swojej drodze napotyka wiele przeciwności, którym musi podołać, żeby nie okazać się słabym. Niczego przed nami nie ukrywa. Pozwala śledzić każdy swój ruch, a nawet więcej – w specyficznych ujęciach en face zwraca się bezpośrednio do widza, żywo komentując otaczającą go rzeczywistość. Wprowadza nas w demoniczny świat zimnokrwistego polityka, dla którego nie istnieją żadne tematy tabu.

W ciągu trzynastu godzinnych odcinków toczy się polityczna gra, a na światło dzienne wychodzą wszelkie brudy i matactwa. Chwytów jest tak dużo, jak wielu jest ludzi. Każdy z nich ma swoje sekrety, za którymi kryją się wstydliwe żądze. Seksualność napędzająca karierę, destrukcyjna siła uzależnień czy zwyczajna potrzeba miłości – to tylko przykłady problemów targających różnobarwnymi bohaterami serialu. Na prowadzenie wysuwają się jednak tematy ściśle związane z polityką. Waszyngton rysuje się tutaj jako pole bitwy, gdzie nie ma już miejsca dla demokratycznych wartości. Liczą się tylko pieniądze, władza i odpowiednia pozycja społeczna.

Wybitny aktor w roli głównej, wachlarz złożonych postaci oraz emocjonująca konstrukcja fabuły to z pewnością walory, bez których "House of Cards" nie odniosłoby podobnego sukcesu. Do tej wyliczanki koniecznie trzeba jednak dodać jeszcze jedną pozycję – nowatorskie podejście do formy. To właśnie ten aspekt zapewnił tytułowi niezwykle wysoką oglądalność. Serial, reżyserowany m.in. przez Davida Finchera i Joela Schumachera, jest uważany za zjawisko przełomowe dla telewizji głównie dlatego, że wszystkie jego odcinki zostały wyemitowane za jednym zamachem. A na tym jeszcze nie koniec. Główny producent – internetowa platforma Netflix – podjął ryzyko i udostępnił je milionom widzów za pośrednictwem sieci. Niektórzy mogliby powiedzieć, że zbyt łatwa dostępność kolejnych epizodów może zniszczyć przyjemność z oglądania. Ja jednak do nich nie należę. Lubię sama decydować o tym, kiedy zaspokoić swoją ciekawość. I czy teraz jest czas, żeby poświęcić jeszcze jedną (tym razem już na pewno ostatnią) godzinę dla Franka Underwooda.

Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl

Serial "House of Cards" możecie oglądać na antenie stacji Ale Kino Plus.

UWAGA! Na naszym redakcyjnym blogu jeszcze więcej recenzji, relacji i tekstów początkujących dziennikarzy. Zaglądajcie regularnie tutaj.
 



Komentarze
  • Już za miesiąc Netfix wypuści kolejny sezon "House of cards"! W ciągu jednego dnia do sieci trafi trzynaście nowiutkich, świeżutkich odcinków! Jest to mój absolutny numer jeden wśród seriali.

  • Dla mnie fenomen "House of Cards" jest niezrozumiały. Relatywnie do Borgen, Forbrydelsen i Top of the Lake - amerykanska slabizna...Moze niektórym sie nie przywala? Patrz Spacey i Fincher.

  • Na ostatnich Złotych Globach jedyna statuetka dla ekipy House of Cards trafiła w ręce Robin Wright i niech to nazwisko będzie najważniejszą rekomendacją dla tego serialu:)

  • Nie ogladam zbyt wielu seriali.ale od czasu do czasu jednak na cos sie skusze.Tak bylo z ta produkcja i choc nie jest zla to przyznam,ze spodziewalem sie po niej nieco wiecej.A brak nagrod nie zawsze swiadczy o niskim poziomie.