Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Linatendu: Jak kos śpiewający w środku nocy

Linatendu: Jak kos śpiewający w środku nocy

2014-02-19 Monika Branicka

Monodram Anny Krotoskiej to mozaika złożona z wielu różnorodnych obrazów, skonstruowanych przy pomocy światła, gestu, głosu i muzyki.

.html
 Foto zapowiadające spektakl/Instytut Grotowskiego

Słowa wypowiedziane w złą godzinę i wyobrażenie o życiu innym niż to, do którego zdążyliśmy już przywyknąć, wzbudzają strach. Rozmowy o śmierci nie są więc łatwe. Nie są też wygodne. Ciągle brakuje na nie czasu, a sytuacja nigdy nie wydaje się odpowiednia. Czasem jednak sięgnięcie po ten rodzaj tematu tabu bywa jedyną drogą, aby spróbować zrozumieć sens utraty bliskiej osoby. Tym tropem zdecydowały się pójść aktorka Anna Krotoska i reżyserka Alexandra Kazazou, podejmując z widzami śmiały dialog o granicznym momencie ludzkiego istnienia. Ich "Linatendu" – spektakl wystawiany na deskach wrocławskiego Teatru Laboratorium – to intymna opowieść o konfrontacji codzienności z umieraniem.

Z ciemności dobiega dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i głos jednostajnie wymieniający liczby. To ślady osoby, która podsyca oczekiwanie, żeby dobitniej zaznaczyć swoją obecność. W sterylnie białym kombinezonie, przywodzącym na myśl strój kosmonauty, pojawia się kobieta. Ostrożnie stawia kroki, jakby nie była pewna podłoża, po którym stąpa. Kostium jest dla niej kokonem, ochroną przed światem pełnym niebezpieczeństw. Rezygnuje z niego tylko na chwilę, aby opowiedzieć swoją historię. Od tej pory skafander zawieszony na haku - jak bezwładne ciało - rzuca cień na poruszający monolog o samotności, buncie i pragnieniu jeszcze jednego, choćby ostatniego, spotkania.

Artystki rozliczają się z tematem śmierci, rozbijając go na dwa konteksty – osobisty i masowy. Ten pierwszy zdaje się jednak wybrzmiewać mocniej, jako motyw przewodni spektaklu. To z nim mierzy się bohaterka, która zadaje kolejne pytania i próbuje znaleźć odpowiedzi mające załagodzić ból. My, widzowie, nie znamy dokładnych realiów omawianych wydarzeń. Trudno nam też określić tożsamość kobiety obnażającej siebie z tajemnic. Dociera do nas jednak jej cierpienie powodowane tęsknotą za ukochanym. Widzimy, jak słowami próbuje wypełnić dojmującą pustkę, przebudzić się z dręczącego koszmaru i zacząć wszystko od nowa. Jest jak kos śpiewający w środku nocy z piosenki Beatlesów, która co jakiś czas powraca jak refren, wyznaczający rytm przedstawienia. Podnosi złamane skrzydła i uczy się latać. I jeszcze raz. Blackbird singing in the dead of night.

Aktorka jest na scenie sama. Emocjonuje się, krzyczy, by za chwilę znów spokojnie ściszyć głos. Czasem wciela się w dwie postaci jednocześnie. Przemawia przez nią rozmawiająca ze sobą para. W tym akcie chyba najdobitniej wyraża się rozpacz po utraconym kochanku. Poprzez krótkie sceny uczestniczymy we wspomnieniach kobiety, mozolnie składajacej skrawki swojej pamięci, aby choć na chwilę przenieść się do minionych wydarzeń. Do czasów, kiedy jeszcze był przy niej.

Wykreowane wizje nie są do końca czytelne, wydają się być jedynie namiastką jakichś sytuacji. Podkreślają rolę pamięci, która przechowuje obrazy i pozwala im trwać, a jednocześnie jest zawodna i niedokładna. Dzięki niej można odtwarzać znajome chwile, dzielić się nimi i ocalać od zapomnienia. Z drugiej strony bywa jednak brzemieniem. Budzi do życia najstraszliwsze echa przeszłości i uporczywie wisi nad głową, nie dając wytchnienia.

Bohaterka "Linatendu" fotografuje. Uwiecznia na swoich zdjęciach momenty śmierci, powiększając w ten sposób problem o charakter globalny. Czeczenia, Gruzja, Kongo, Czeczenia, Bośnia, Somalia, Czeczenia… Ile znaczy jedno życie wobec milionów ofiar?  Innym razem, w tempie muzyki i za pośrednictwem mikrofonu wylicza nazwiska zmarłych. Swoista ceremonia trwa dobrych kilka minut, ale sprawia wrażenie jakby miała się nigdy nie skończyć. Lista jest bardzo obszerna. Takie działanie nie jest zresztą przypadkowe. Ma zmotywować widza, żeby na chwilę zatrzymał swoje myśli i w skupieniu skierował je w stronę osób, których odejście zaburzyło świat niejednego człowieka, ale naturalny porządek rzeczywistości pozostawiło nienaruszonym.

Monodram Anny Krotoskiej to mozaika złożona z wielu różnorodnych obrazów, skonstruowanych przy pomocy światła, gestu, głosu i muzyki. Reżyserka zadbała o to, aby bez zbędnej scenografii przedstawić historię, która zarazem poruszy widza i nie otrze się o patetyczność czy banał. Minimalizm sceniczny oddziałuje na wyobraźnię, sprawia, że wszystko, co niedopowiedziane ma prawo zaistnieć w naszej głowie.

Ogromne znaczenie ma tutaj również bardzo dobra gra aktorska. Dzięki niej monolog poprowadzony jest sprawnie i dynamicznie. Nie ma w nim miejsca na przydługie refleksje o smutnym zabarwieniu. Sekwencje wypowiedzi stawiających ważne pytania poprzeplatano sympatycznymi przerywnikami, dzięki którym można odpocząć, ale niezbyt długo. Historia kobiety dana jest nam po to, aby odważyć się podjąć rozmowę na niełatwy temat. Zwolnić i po cichu zanucić zasłyszaną melodię. Blackbird singing in the dead of night…

Spektakl "Linatendu" był prezentowany w ramach przeglądu "Monosytuacje 2" we wrocławskim Instytucie Grotowskiego.

Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej artykułów początkujących dziennikarzy na redakcyjnym blogu tutaj. 





Komentarze
  • Temat smierci w odbiorze osobistym ale i masowym oczywiście brzmi inaczej. Ciekawa jestem jak to porównanie wpływa na widza. Lubię spektakle nie przesadzone scenografią. Minimalistyczne. chwytające za wnętrze odbiorcy a nie zagłuszające go rekwizytami.

  • Z tego co czytam wynika,ze przedstawienie moze niezle widza zdolowac.Wydaje sie tez,ze dobrym rozwiazaniem byla minimalistyczna scenografia pozwalajaca w pelni skupic sie na aktorce.