Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Muzyka ulicy

Muzyka ulicy

2012-02-19 nadia

Kilka dni temu rozmawiałam z moim przyjacielem muzykiem z Bejrutu. Znalazł na facebooku artykuł z The Washington Post, opisujący eksperyment jaki przeprowadził Joshua Bell, skrzypek tworzący ścieżkę dźwiękową m.in. do filmów "Anioły i demony" Rona Howarda oraz "Purpurowe skrzypce" Francois Girarda.

.html
 Joshua Bell, Wikipedia
W 2007 roku w Waszyngtonie Bell zabrał swoje skrzypce (warte jedyne 3,5 miliona dolarów) i w skromnym ubraniu incognito stanął przy wejściu do metra na stacji L'Enfant Plaza. Zaczął grać Bacha. Występował przez niemal godzinę i prawie nikt się nie zatrzymał, poza dziećmi, które wielokrotnie przystawały zdziwione z otwartymi buziami, jednak zniecierpliwieni rodzice nie zwracali uwagi na grajka, za koncert którego, w sali koncertowej, musieliby zapłacić 150 USD. Bell uzbierał po godzinie 32 dolary.

Mój przyjaciel postanowił zrobić podobny eksperyment w Libanie. Odwiedzając ten kraj nigdy nie natknęłam się na ulicznych grajków. Co mnie trochę zdziwiło, ponieważ Francja, która przez lata miała tutaj swój mandat słynie z nich, a sam Paryż jest stolicą ulicznej muzyki. Myślałam, że problem polega na tym, że władze zakazują takich aktywności, bo jednak wszędzie jest sporo policji, są posterunki wojskowe, więc takie uliczne granie w moim odczuciu mogło być zakazane. Dlatego zdziwiła mnie inicjatywa przyjaciela, który jest dość popularnym muzykiem.

Na ulicy Trypolisu z gitarą udało mu się spędzić ok. pół godziny. I to wcale nie z powodów jakich bym się spodziewała, bo granie na ulicy nie jest nielegalne. Ludzie zaczęli go wykpiwać, stanęli dookoła, śmiejąc się, przekrzykując i praktycznie pastwiąc nad nim. Ich myślenie było podobne do amerykańskiego, choć bardziej brutalne. Gra na ulicy, czyli to beztalencie nie potrafi wcale grać, poza tym nie umie robić nic skoro tu stoi, a nie pracuje. Przyjaciel chciał zaszczepić trochę sztuki na ulicy, jednak widać jeszcze trochę potrwa nim na ulicach libańskich miast zobaczę grajków.

To dało mi jednak do myślenia. Przypominając sobie Paryż lub Rzym czy oglądając filmy, na których widzę Londyn czy Barcelonę, obrazy ulic łączą się w mojej głowie z muzyką wplecioną w krajobraz. Starówka w Warszawie czy Krakowie też kojarzy mi się z muzykami, którzy stoją cały rok i umilają nam spacery.

Oczywiście są lepsi i gorsi muzycy. Kiedy wczoraj chodziłam po Warszawie miałam w pamięci właśnie ten muzyczny eksperyment Bella. Kiedy w dni powszednie rano tłum ludzi biegnie na stację Metro Marymont przy wejściu gra chłopak na akordeonie. Kiedy wychodzę, niezależnie o której godzinie, na stacji Metro Centrum wita mnie odgłos drewnianych kijów uderzających o stołek i butelki (zawsze ten sam Pan. Jedynie kilka razy go nie było i czułam się zawiedziona), kiedyś grali tam także Indianie, ale już od dawna ich nie ma. Czasem po mieście łazi Pan Witek, śpiewając swój szlagier o koniu, który mu się nie mieści w dłoni. Na Nowym Świecie przy skrzyżowaniu z Chmielną gra warszawska kapela – Panowie mają stare warszawskie stroje i śpiewają warszawskie piosenki. Wszyscy Ci, a także wielu innych, stoją wiele godzin mimo mrozów lub upałów i dodają ulicom dźwięku. Ludzie reagują na nich różnie. Przemykają szybko, żeby nie zostać napadniętym przez na wpół trzeźwe punkowe dziewczęta na Chmielnej, towarzyszące swoim długowłosym chłopakom, grającym na chodnikach (prawdopodobnie zarobiliby więcej, gdyby przyjaciółki nie "zachęcały" przechodniów do wrzucenia do kubka kilku złotych); uśmiechając się pod nosem, ignorując. Rzadko kto się zatrzyma posłuchać. Ale przy starówce jest już lepiej. Tam ludzie przychodzą spacerować, więc przy lepszych grajkach zatrzymują się, słuchają czasem nawet ktoś uprzejmy bije brawo. Jednak to wyjątki.

Jest szansa, że każdy z nas w biegu do pracy czy z pracy do domu czy gdziekolwiek, gnając na łeb na szyję minął takiego właśnie Bella. A jak opowiadała mi jedna znajoma skrzypaczka, która nie musi wcale zarabiać, grając na ulicy, czasem staje i gra, bo to najlepszy sposób dla artysty na przełamanie tremy i poprawienie sobie morale. Kiedy ludzie płacą za bilet samym kupnem zaklinają rzeczywistość. Przyjmują, że płacą, więc jest to dobre. Jak się nie podoba, mówią często "nie zrozumiałem, ale to dobry artysta". Kiedy cokolwiek robi się dla ludzi za darmo trudno dostać brawa, trudno skupić na sobie uwagę przechodnia, który musi ugotować obiad albo śpieszy się na ulubiony serial w telewizji. Teraz kiedy chodzę po ulicach mam w głowie, że artysta potrzebuje też uznania. Nie tylko tych 2 złotych do kapelusza, ale i tego, żeby ktoś przystanął, posłuchał i dał do zrozumienia, że dobrze, że jest w przestrzeni miejskiej ze swoją muzyką.

Artykuł opisujący eksperyment J. Bella:

http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2007/04/04/AR2007040401721.html




Komentarze