Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Obyczajówka: Uwikłani we współczesność

Obyczajówka: Uwikłani we współczesność

2014-03-10 Michał Wyjadłowski

Gdybym znał "Kamienie na szaniec" wyłącznie z dużego ekranu, zachodziłbym w głowę, skąd popularność tej historii. Popularność na tyle wielka, że wszelkie odstępstwa od oryginału przyjmowane są jak nieproszony gość.

.html
 fot. Monolith Films

Uroczysta premiera obrazu Roberta Glińskiego okazała się sukcesem. Stawiły się na niej elity kulturalne kraju, z Kingą Rusin i Piotrem Najsztubem na czele (wiadomo – film dla młodych). Przytłaczający poziom świetności i efektowności, zagwarantowany przez zgromadzonych, podniósł jeszcze prezydent wraz z małżonką. Jeszcze jedna gwiazda, jeszcze jeden polityk, a Teatr Narodowy mógłby tego nie wytrzymać. Znamienite grono starannie dobiera repertuar, więc nie było bata – film musiał być wybitny w swej znakomitości i znakomity w swej wybitności. Śmiertelnicy musieli poczekać z oceną do dnia ogólnopolskiej premiery. Czyli piątku 7 marca.

Chcąc uniknąć spętanych łańcuchami chord gimnazjalistów – prowadzonych przez nauczycielki oraz ich koleżanki (bilety dla opiekunów grupy nie leżą przecież na ulicy), a udających, że nie mają nic wspólnego z barbarzyńskim zachowaniem milusińskich – wybrałem się do kina już w... piątek rano. Tak, wiem. Brzmi to jak zapowiedź straceńczej misji, ale ryzyko szybkiego refleksu grona nauczycielskiego było niewielkie. W nim więc upatrywałem swej przewagi. Na tzw. filmy z klasą chodzi się zazwyczaj po jakimś czasie od premiery. Wcześniejsze zapoznanie się z opiniami o dziele, ustalenie wszystkiego, zebranie (podrobionych?) zgód rodziców... O zdanie uczniów pytać nawet nie trzeba – oni zawsze są chętni zamienić lekcje na kino (a może siekierkę na kijek?).

Dmuchając na zimne, zerknąłem przed wyjściem, jak prezentują się rezerwacje na seans. Mając do wyboru porażkę i kapitulację, w tym wypadku wolałbym to drugie. Trudne wybory jednak mnie ominęły, bo wszystko zapowiadało (i tak też się stało), że na sali będzie raptem kilka osób.

Przejrzałem sobie wcześniej recenzje "Kamieni": Antypolski gniot, nijaki i niezapadający w pamięć, ale też szalenie pozytywne zaskoczenie. Ktoś rozstrzygnął, że to paszkwil, a ktoś inny ogłosił konieczność bojkotu. Sam obejrzał film, a teraz zabrania innym? Dobre! Oberwało się również bohaterom (odmóżdżeni) i ich dziewczynom (zwykłe prostytutki bez charakteru). Jasnym było, że w wielu przypadkach oceny zostały motywowane emocjami, więc postanowiłem przyjąć strategię odwrotną. Obejrzeć film bez bagażu oczekiwań i wyobrażeń o nim. Podejść do niego "bez zobowiązań". Nie miałem też zamiaru zaznaczenia w książce kluczowych fragmentów, by potem wyłapywać szczegóły i czepiać się, że ten to czesał się na prawo, a tamten to w ogóle był łysy.

Film dla młodzieży – tak go ochrzczono. Stąd szybki montaż, dynamiczna praca kamery w scenach akcji, redukcja patosu i uwspółcześnienie postaci. Dla środowisk harcerskich było to za wiele. Uznały, że reżyser zniszczył legendę Szarych Szeregów. Dwóch ekspertów zażądało wycofania swoich nazwisk z filmu. Bolesne okazało się zwłaszcza podejście do życia filmowych postaci. Seks, papierosy i brzydkie słowa nie są im obce. Ufam, że ówczesna harcerska postawa wykluczała to wszystko i rozumiem pretensje. Czy nie są one jednak zbyt wyolbrzymione? A może to reżyser zaszedł za daleko w odbrązawianiu pomnikowych postaci?

.html
 fot. Monolith Films

Współczesna forma filmu nie musi kłócić się z pewną anachronicznością postaw, jeśli zostaną one wiarygodnie ukazane i umotywowane. W przypadku adaptacji "Kamieni na szaniec" trzeba było liczyć się jeszcze z tym, że przedstawione w nich postaci wzorowano na realnych osobach. Trudniej więc o przymknięcie oka na uproszczenia. Reżyser zdecydował się na odmitologizowanie, choć nie jest to tak odważny krok, jaki może się wydawać. Już polska szkoła filmowa zrywała ze ślepą wiarą w nieskazitelność żołnierzy, pokazując ich od ludzkiej strony.

Niektóre, zwłaszcza początkowe sceny mogą sprawiać wrażenie highschoolowej wariacji na temat wojny. Mamy tu bawidamka, obżartucha, kolesia z zasadami i czepiających się rodziców (konflikt pokoleń jest zresztą jedną z najsłabszych stron filmu). Zawadiackość, brak dramaturgii i zabawa w wojenkę, a raczej nadeptywanie na odcisk nieporadnym Niemcom. Brakowało tylko "Rudego: biegnącego po udanej akcji w kinie w rytm "Modern Love". Klimat ten mógłby pasować do obrazka pt. "Beztroskie czasy przed wojną", ale kłopot w tym, że to sam jej środek. Trzeba jednak przyznać, że jest to atrakcyjne dla oka (a także dla ucha), i w pewnym sensie nawet porywające. Aż chciałoby się złapać za giwerę albo wywinąć jakiś numer.

Dalej jest już znacznie lepiej. Słynne już naturalistyczne sceny tortur "Rudego" nie szokują, bo za sprawą reżyserii i montażu da się w nich wyczuć wyrachowanie. Zapadają w pamięć. Pojawiają się dobrze nakreślone konflikty i pytania. Dobry poziom zostaje utrzymany do końca. Pod względem aktorskim najlepsze wrażenie pozostawił Tomasz Ziętek. Mocno mnie zaskoczył i wróżę mu ciekawą karierę. Marcel Sabat wypadł przekonywująco, a o Kamilu Szeptyckim ciężko cokolwiek powiedzieć, bo postać Alka została zmarginalizowana. Dziewczyny bohaterów stanowiły krzycząco-płaczące tło, choć były w tym wiarygodne, a niekiedy nawet przejmujące. Wrażliwcy uronią solidarnie łezkę albo dwie...

Wiele hałasu dotyczyło rzekomych scen seksu. Już na długo przed premierą Robert Gliński zapowiadał, że żadnego zaglądania w majtki nie będzie (to w "Wyborczej"), a seksualność bohaterów nie jest dla niego istotna (a to w Stopklatce). Oznaczałoby to, że spragnieni wojennych tajemnic harcerskiej alkowy, powinni pozostać w domu. Z drugiej strony reżyser mówił, iż jego film będzie kontrpropozycją wobec genderowego odczytania "Kamieni na szaniec". Gdzie leży prawda, i czy tym razem również pośrodku?

Nie. Prawda jest taka, że w majtki się tu zagląda, choć nieśmiało i z rumieńcem na twarzy, że zostało się przyłapanym. Inaczej nie byłoby bowiem odpowiedzi na owe genderowe sugestie dr Janickiej z PAN, która zasugerowała odczytanie książkowej relacji "Zośki" z "Rudym", jako przyjaźni o homoerotycznym podtekście. Jej myślozbrodnia odebrana została jako zamach na godność i dobre imię wspomnianych. W filmie nie ma o tym mowy. Są za to sceny jasno wskazujące na charakter relacji łączącej głównych bohaterów z drugoplanowymi bohaterkami. Nie jest to bynajmniej relacja platoniczna i czysto przyjacielska.

Seksu jako takiego nie widzimy na ekranie, ale dostajemy wyraźną sugestię, że poza nim działo się, oj działo. Czy nie jest to zaglądaniem w majtki? Śmiem wątpić, ale rozumiem chęć zdecydowanego odcięcia się od homo-sugestii, co do których nie ma przecież solidnych podstaw. Po co jednak oznajmiać, że seksualność bohaterów nie jest istotna, by następnie taką ją czynić? Tego już nie rozumiem, ale z reżyserami często bywa jak z politykami – co innego mówią, co innego robią.

Ekranizacje lektur szkolnych kojarzą mi się nie najlepiej. Czy szmira, czy arcydzieło – szkoły i tak pójdą do kina. Hipsterski wizerunek bohaterów, stylizowane na hollywoodzkie plakaty, ciągłe zapewnienia, że to film dla młodych... A kim w ogóle są ci młodzi? Nie jest to przecież jednolita masa złożona z bezrozumnych istot, które oczekują od kina wyłącznie efektów specjalnych, zabójczego tempa narracji i seksu. Najlepszym podsumowaniem tego wątku niech będą słowa Jerzego Antczaka: Całe życie starałem się rozmawiać z widzem i nie pojmowałem, kto to jest widz masowy. Wyobrażałem sobie jednego widza, takiego, jak ja. Robiłem filmy artystyczne, telewizyjne, takie, jakie ja chciałbym oglądać.

Mam kilka zastrzeżeń do filmu Glińskiego. Chciał wypełnić starą formę nowocześniejszą treścią. Udało mu się, ale czy wciąż są to "Kamienie na szaniec", czy tylko ich luźna interpretacja? Może lepiej byłoby opowiedzieć o postaciach fikcyjnych, niż brać na warsztat książkę ważną dla wielu pokoleń, znacznie ją okrajając? Zwłaszcza ostatnia scena zmienia wymowę dzieła, inaczej rozkłada książkowe akcenty (Ojczyzna ustępuje Przyjaźni, zagadnienie patriotyzmu i kształtujących go postaw schodzi na daleki plan) i choć jest niezgodna z dziełem Kamińskiego – pozwala spojrzeć na nie od innej strony.

Wychodząc z kina chciałoby się zapytać, o co cały ten rwetes. Nie obejrzałem niczego nowego, skandalizującego ani ugrzecznionego. Ot, solidnie wykonana robota. Pozostałem z lekkim niedosytem. Niedosytem pozytywnym, który zachęca do odkurzenia książki. Nieświadoma zasługa filmu. Czy osoba, która od niego zacznie też poczuje ten głód? Sprawdzam stan kinowej sali na wieczorne seanse. Jest znacznie lepiej niż rano...

  • Tutaj znajdziecie naszą recenzję filmu.

Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej artykułów początkujących dziennikarzy na redakcyjnym blogu tutaj

Obyczajówka to redakcyjny cykl luźnych formalnie felietonów, związanych z tematyką "około- kulturalną".  





Komentarze
  • Myślę, że każda tego typu ekranizacja znanych dzieł literackich dzieli publiczność. Moim zdaniem książka jest zawsze bogatsza o pierwiastek ludzkiej wyobraźni i miłośnik danej powieści zawsze odczuwa pewne rozczarowanie oglądając czyjąś wizję na temat dzieła.

  • A mnie nie dziwia zastrzezenia do tego filmu wyrazane przez weteranow Przez kilkadziesiat lat byli oni opluwani w mediach>Mogli wiec liczyc na to,ze w wolnej Polsce ich postawa bedzie pokazywana w sposob rzetelny