Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Satyricon: Na granicy jasności i mroku

Satyricon: Na granicy jasności i mroku

2014-01-14 Dominik Wacko

Jeśli ktoś nie miał przyjemności obcować z black metalem, to ten album może się okazać kamieniem milowym w jego relacjach z muzyką pochodzącą ze Skandynawii.

.html
 Okładka/Roadrunner

Sugerując się tytułem, można dojść do wniosku, że album grupy dowodzonej przez Satyra (gitara, wokal, bas, klawisze) i Frosta (perkusja), to pewnego rodzaju podsumowanie ich działalności muzycznej. W związku z tym, że jak dotąd jeszcze nie spotkałem się z informacją, aby Norwegowie chylili się ku zmierzchowi swojej kariery, należy przyjąć, iż najnowsze utwory stanowią niejako esencję tej 23-letniej, solidnie wydeptanej drogi w blackmetalowym świecie.

8. studyjny krążek, nagrany po 5. latach przerwy, składa się z 10 pozycji. Edycja Deluxe zawiera 3 bonusy. Lider kapeli powiedział w jednym z wywiadów, że płyta powinna się coraz bardziej podobać z każdym kolejnym przesłuchaniem. Do mnie zaczęła ona przemawiać już od pierwszego kontaktu z uszami oraz umysłem. Czyli instrumentalnego wprowadzenia "Voice of Shadows", po którym następuje dość agresywny, acz wyważony z iście aptekarską dokładnością atak ze strony "Tro Og Kraft”.

Po "Our World, It Rumbles Tonight” przychodzi czas na, moim zdaniem, najciekawszy punkt wyprawy po krainie zatytułowanej "Satyricon”, czyli "Nocturnal Flare”. Kawałek ma w sobie wszystko to, co lubię najbardziej w muzyce zespołu; wcale nie typowo metalową jatkę na dwie stopy, a pulsujący rytm i kapitalną melodykę. Intrygująca gradacja napięć, silny ładunek emocjonalny i – tu ciekawostka – gitarowa solówka. Przebojowy "Phoenix” z kolei swoją konstrukcją jest bardziej zbliżony gatunkowo do rocka, prawdopodobnie stąd też pojawienie się śpiewu za sprawą Siverta Høyema z Madrugada. Na albumie wcale jednak nie brakuje ciężaru i gęstszego kostkowania, a jako świetne przykłady mogą posłużyć "Walker Upon The Wind czy "Ageless Northern Spirit.

Generalnie Satyr i Frost pokazują, że black metal to nie tylko demoniczny growl, skrzek,  blasty i niezliczone riffy grane tremolo w tempie przekraczającym prędkość światła. Mamy czyste, nieprzesterowane gitary, a także częste nawiązania do motywu z intro, nadające albumowi konceptualnego charakteru. Jest tu dużo przestrzeni, subtelności i typowo satyriconowskiego klimatu, aczkolwiek z ostrym pazurem i sporą dozą złowieszczości, której nie powstydziłby się nawet rogaty.

Warto także zwrócić uwagę na okładkę i jej przewrotność oraz dwubiegunowość – mitologiczny Satyr, pozostawiający za sobą światło (Lucyfera?) jako dominanta całej kompozycji, punkt przecięcia się dwóch rzeczywistości, element kontaminujący, balansuje na granicy jasności i mroku. Takie właśnie jest najnowsze dokonanie zespołu. Nie zamyka się w ramach gatunku, ale i nie ucieka od swoich korzeni. Moim zdaniem – jeśli ktoś nie miał przyjemności obcować z black metalem, to ten album może się okazać kamieniem milowym w jego relacjach z muzyką pochodzącą ze Skandynawii.

Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl.
 



Komentarze