Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Skazani na klasykę

Skazani na klasykę

2014-02-25 Krzysztof Piersa
Klasyka jest wiecznie żywa, ale czy tylko ona i jej wzory mają szansę zaistnieć na książkowym rynku?
 
.html
Osiemdziesiąt żółtych dni, czyli Grey "bardziej wysublimowany i pikantny"/Amber
Wielu pomniejszym pisarzom zdarza się wypłynąć na sukcesie "Tego jednego". Autora, który opracował coś innowacyjnego. Po sukcesie "50-ciu twarzy Greya", rynek zalały setki erotyków, do tej pory wstydliwie chowanych na półkach lub pod łóżkiem. Wydawnictwa brały wszystko, a naklejka "polecam wszystkim fankom 50-ciu twarzy Greya" zamieniała każdą książkę w absolutny pewniak.  Podobnie miała się sytuacja z Katarzyną Grocholą, której książki określano mianem "polskiej Bridget Jones". Akurat wtedy, gdy w kinach gościła ekranizacja perypetii brytyjskiej dziennikarki. 
 
Na co dzień nie przejmujemy się takimi zabiegami. Pod warunkiem, że nie chodzi o naszego ulubionego pisarza. Wtedy bowiem idziemy na noże! Jeżeli ktoś na konwencie fantastyki powie, że Sapkowski wzorował się na Tolkienie, zostanie zlinczowany. I to zanim w ogóle dokończy zdanie. W czym rzecz? Już wyjaśniam na stosownym przykładzie.
 
Tolkien, nazywany przez wielu ojcem fantasy, stworzył świat wypełniony elfami, krasnoludami, orkami i podobnymi baśniowymi stworami. Wiele lat później nasz rodzimy As, wydał tom o białowłosym zabójcy potworów. Świat był brudny, pełen przekleństw i erotyki, ale również… elfów, krasnoludów i tym podobnych. Różni autorzy? Owszem. Podobne światy? Odrobinkę. 
 
Ta odrobinka dołożyła swoją cegiełkę do sukcesu Sapkowskiego, jak i wielu innych autorów. Uwielbiamy to co już znamy i z niechęcią podchodzimy do czegoś nowego. Główny bohater razem z heroiczną drużyną wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż, by udaremnić plany zła nękającego świat. Ile historii bylibyście w stanie podciągnąć pod to zdanie? 
 
Jeśli autor z kolei zdecyduje się na napisanie czegoś zupełnie oryginalnego, może spotkać się z negatywnym odzewem recenzentów, czytelników, a nawet wydawcy. Wyobrażacie sobie romans w którym bohaterka kieruje się portfelem i wybiera bogatego idiotę zamiast romantycznego młodzieńca? Coś nam tu nie gra, prawda?
 
Sukces nowości to bardzo żmudny proces. Gdy w latach 70-tych, pewien reżyser nakręcił film o laserowych pistoletach, mieczach i jegomościu w czarnej zbroi, żadne z kin nie chciało tego kupić. Kosmos? To się na pewno nie przyjmie! Dystrybutor dodawał więc "Nową Nadzieję" jako bonus: Dostaniesz 2 filmy gratis, tylko weź te "Gwiezdne Wojny". Pozwól prowadzić się mocy…
 
Poniekąd sami czytelnicy ograniczają nowości. Szukam czegoś podobnego do "Kodu Leonarda da Vinci", a miły sprzedawca prowadzi nas w objęcia Dan Brown’o podobnych. Wielu z nas jednak lubi czytać podobne historie, gdyż po prostu nam się podobają. Uwielbiam czytać o upadającej utopii. Uwielbiam smoki i czarodziei. Uwielbiam agentów jej królewskiej mości. Mógłbym czytać o tym wszystkim bez końca. Taki mam gust, więc celuję w takie pozycje. Inne zaś przestają dla mnie istnieć. Ograniczam rynek nowości, ale kto zmusi mnie do czytania czegoś innego?
 
Stąd nieco pesymistyczny wniosek, który, mam wielką nadzieję, jest przesadzony. Jesteśmy skazani na klasykę. Piosenki, które kiedyś słyszeliśmy, ale w nowych aranżacjach. Książki nie napisane, lecz mniej lub bardziej prze- i odpisane. Opowiadasz o przygodach młodego czarodzieja? Zgarniesz miliony. Piszesz coś innego? Walcz lata, aby zostać docenionym. Czy faktycznie wszystko już było? A może po prostu nie chcemy być zaskakiwani?
 
Tekst powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl.    


Komentarze