Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Z książki na ekran, czyli kłopoty z adaptacją

Z książki na ekran, czyli kłopoty z adaptacją

2014-01-29 Janusz Kaczmarek

Kto, komu i czym podniósł ciśnienie? Przeczytajcie o 5 ekranizacjach XXI wieku, które po premierze, a często jeszcze przed oficjalną prezentacją, wzbudziły niemałe kontrowersje.

Ekranizacja to specyficzna – jedyna w swoim rodzaju sztuka transkrypcji słowa na obraz. Jeżeli użyje się niewłaściwych środków, z materiału źródłowego można otrzymać film, który nie tylko nie jest wierny oryginałowi, ale i wypacza samą ideę wizualnego translatorstwa. Poniżej 5 przykładów ekranizacji rodem z XXI wieku, które z różnych przyczyn stały się kontrowersyjne, wywołując fale dyskusji, krytyki i emocji jednocześnie.

 

Quo Vadis adaptacjo? Tekturowy Rzym za grube miliony płonie.


.html
Quo Vadis - nie pomogła muzyka Jana A.P. Kaczmarka...

Jak podkreśla w swojej książce "Wizjoner Przeszłości. Powieści historyczne Henryka Sienkiewicza" prof. Lech Ludorowski (wybitny znawca twórczości Noblisty), "Quo Vadis" jako dzieło wizjonerskie, wspaniałe i monumentalne, przepojone jest głębią duchowości będąc jednocześnie głębokie w swej szlachetnej mądrości. Napisana z rozmachem powieść Sienkiewicza była wielokrotnie ekranizowana. Żadna z tych adaptacji nie oddała jednak ducha tej żarliwie skonstruowanej "Chrześcijańskiej Epopei”.

Być może ów fakt skłonił Jerzego Kawalerowicza do podjęcia starań o to, aby "Quo Vadis" wreszcie zabłysnęło na dużym ekranie. Niestety, wzniosła myśl, zrodzona w głowie reżysera (jeszcze po nakręceniu "Faraona") nie zaowocowała dziełem wybitnym. Film stał się najbardziej znany ze swojego ogromnego budżetu, który przełożył się jedynie na statystki związane z ilością użytych materiałów.

Zacznijmy od dobrych stron ekranizacji. Film Kawalerowicza, w ujęciu socjologicznym dobrze oddaje prawdę o starożytnym Rzymie doby Nerona. W filmie widzimy wnikliwy przekrój społeczeństwa, rządzące nim skomplikowane prawa i obyczaje, a także zarzewie konfliktów.

 Jeżeli chodzi o grę aktorską, o gustach się nie dyskutuje. Niemniej nawet wzbudzający największe kontrowersje Bogusław Linda (kojarzony wówczas z emploi ekranowego twardziela), stanął na wysokości zadania. Oddając wiernie charakter książkowego Petroniusza – inteligentnego estety, jednocześnie cynicznego egocentryka. Obsadzenie Michała Bajora było również dobrym posunięciem i to nie tylko ze względu na umiejętności wokalne aktora. Zdaniem niżej piszącego, Bajor dobrze zagrał bezwzględnego i samolubnego despotę; chorobliwie zazdrosnego o swoją wielkość, autorytet artysty, przy tym bezbronnego i nie potrafiącego podjąć ważnych decyzji w trudnych czasach (zbrodnia najprostszym wyjściem z sytuacji). Trzecią warta napomnienia kreacją jest postać Chilona Chilonidesa - filozofa i oszusta, brawurowo zagranego przez Jerzego Trelę, który za kreację otrzymał nagrodę Orła za najlepszą drugoplanową rolę męską.

Przejdźmy do mniej pozytywnych aspektów filmu. Głównym atutem, na którym się miał opierać jego sukces, był rozmach i budżet – po dziś dzień największy w historii polskiej kinematografii. "Superprodukcja Kawalerowicza" i "18 mln dolarów" - to słowa, które stworzyły wokół Quo Vadis narastającą aurę oczekiwań i zainteresowania. Chwalono się wykorzystaniem najnowocześniejszych efektów komputerowych. Przytaczano liczby związane z ilością użytego do charakteryzacji pudru, jedzenia przygotowanego na planie, liczbę statystów czy metraż materiałów, z których uszyto kostiumy. Fakty te wzbudzały oczywiście kontrowersje i lawinę komentarzy. Tymczasem po premierze filmu najczęściej zadawanym pytaniem stało się : Gdzie te 18 milionów?!

Długie oczekiwania widzów (pobudzane rozbudowaną kampanią reklamową), podniosły poprzeczkę oczekiwań do wysokiego poziomu. Tymczasem widok palącego się Zatybrza wyglądał jak pożar kartonowych konstrukcji,  Deląg i Mielcarz przede wszystkim wyglądali, a nie grali dobraną parę, a  sam Kawalerowicz zaprezentował film o uczuciach. Z wyraźnie przedstawionym i przewidywalnym światopoglądem, który nie dość, że nie pozostawił widzowi pola do popisu, to męczył brakiem akcji i dłużyznami. Dawały się one we znaki nawet w kulminacyjnych momentach filmu.  Największe przedsięwzięcie w dziejach polskiego kina, z wyjątkami dotyczącymi paru kreacji aktorskich, wypadło niestety miernie. Widz, po szumnych zapowiedziach producentów, wychodził z kina zawiedziony jak zwykle.

 

Nowa Stara Baśń -stary smutny morał.

 

.html
Stara Baśń na nie tak starym plakacie...

Jerzy Hoffman stwierdził niegdyś w jednym z wywiadów, że gdyby nie został reżyserem to na pewno zostałby historykiem. Bo historię uwielbia, zwłaszcza tą związaną z dziejami Polski. Jednak po obejrzeniu  "Starej Baśni" i tym, co Hoffman zrobił ze scenariuszem, nie sposób nie uśmiechnąć się z powątpiewaniem.

Powieść Józefa Kraszewskiego – wybitnego prozaika, poety, publicysty i historyka oparta została na zapisanych w kronikach podaniach i legendach. Z dużą dozą wizjonerstwa pisarz przedstawił w niej zwycięską walkę słowiańskiego plemienia Polan z Germanami i przechodzenie od form życia plemiennego do nowoczesnej państwowości. Wiele miejsca w książce autor poświęcił obyczajom, wierzeniom i kulturze pogańskiej słowiańszczyzny.

Tyle, jeżeli chodzi o książkowy oryginał. "Stara Baśń" w wersji filmowej okazała się nie tyle kontrowersyjna, co kiczowata. Lifting, któremu poddano pierwowzór, woła o pomstę do wszystkich słowiańskich bogów. Pamiętać należy, że Kraszewski opierał się na podaniach, wiec nie można "Starej Baśni" rozpatrywać jako zbeletryzowanego podręcznika historii. Jednak pisarz przedstawił nam żywy i barwny świat Słowian, ich obyczajowość i tradycję, po których często nie ma już śladu. Tymczasem Hoffmann (wraz z Jerzym Henem) opierając na się fabule książki w luźny sposób, stworzyli Nową Starą Baśń. Film, który ma tyle wspólnego z książką, co nie przymierzając: saga "Zmierzch" z obrazem problemów amerykańskich nastolatek. Ponoć Hoffman dokonał modyfikacji, ponieważ: Kraszewski nie był pisarzem tego talentu co Sienkiewicz i nie stworzył tak wyrazistych postaci. No więc trzeba było zakurzoną historię z mało wyrazistymi postaciami trochę podkoloryzować.

W efekcie, w filmie "Stara Baśń. Kiedy słońce było bogiem", Hoffman i Hen stworzyli w scenariuszu nową historię.  Zbudowaną na kanwie podań, legend i swojej wyobraźni, mieszając to wszystko z elementami książkowymi. W wielu filmowych recenzjach podkreśla się, że w przeciwieństwie do książki w ekranizacji brakuje wyrazistych bohaterów, z którymi identyfikowałby się odbiorca. Ich losy ani widza ziębią, ani grzeją. Za przykład podaje się tutaj odtwarzanego przez Michała Żebrowskiego Ziemka, który w przeciwieństwie do swojego książkowego odpowiednika Domana, wypadł po prostu słabo.

Kolejny efekt bujnej wyobraźni Hoffmana zaowocował pojawieniem się wikingów w filmowej fabule. Żeby było jeszcze ciekawiej i nie za mdło, z tymi wikingami pływał właśnie Ziemek, zanim wrócił do słowiańskiej praojczyzny. Pojawiają się zresztą jeszcze później w charakterze najemników wezwanych przez Popiela. Kolejnym symbolem podkoloryzowania, który zakrawa na pastisz, jest scena, w której wiedźma Jarucha przeprowadza rytuał nad nagą Katarzyną Bujakiewicz. Dla przypomnienia: w książce czarownica przekazała dziewczynie lubczyk, który miała dodać do napitku Domana, aby ją pokochał. W filmie widzimy wysmarowaną miodem Bujakiewicz, którą wiedźma obrzuca zbożem. Brakowało jedynie tekstu w stylu: Żeby On tak się kleił do ciebie, jak i to ziarno się klei do miodu, którym cię obsmarowała ja.

O wiele ciekawiej wypadają w filmie czarne charaktery, chociaż i tutaj Niemra jest bardziej wyuzdana, wzbudzając momentami szok i niedowierzanie. W ogóle wzajemna relacja Popiela i Brunhildy została przedstawiona barwnie i po latach budzi skojarzenia z parą Batiatus - Lukrecja wykreowaną w serialu "Spartkaus: Krew i Piach" przez Johna Hannah i Lucy Lawless. Trzeba jednak przyznać, że serialowa doktor Zosia stanęła na wysokości zadania i wiarygodnie zagrała okrutną femme fatale. Znaczące modyfikacje przeszedł również Piastun. W książce był człekiem ubogim, prostym, miłującym nade wszystko swoje barci. W filmie widzimy twardego woja, od samego początku filmu prowadzącego zbrojną drużynę z mieczem u boku.

Dzieło filmowe, które stworzył Hoffman, to bardzo luźna adaptacja. Kraszewski opierał się na podaniach i w żadnym wypadku nie można mówić o Starej Baśni jako książce historycznej. Jednak nawet mimo tych faktów, reżyser tak wielbiący historię Polski, zrujnował koncertowo klimat książki. Powołując do życia bohaterów z kosmosu, a z dawnych obrzędów prasłowiańskich (tak barwnie przedstawionych na kartach książki), pokazał na ekranie chyba jedynie picie i mordowanie.

Można się zastanawiać, po co wikingowie, metamorfoza głównego bohatera w słowiańskiego Robin Hooda, który pływał z wikingami, Brunhildy w jeszcze bardziej niewyżytą niemrę, skoro książka pozostaje arcydziełem, a film w wielu miejscach przypomina czarną komedię? Czyżby stwierdzono, że polski widz musi widzieć na ekranie błyskotki z jarmarku?

Na słabą ocenę filmu nie bez wpływu pozostały mało widowiskowe sceny batalistyczne i efekty specjalne, które wywołują zwyczajnie śmiech (łącznie ze zniszczeniem kamiennego stołba przez piorun ciśnięty przez Peruna lub Światowida). Morał nasuwa się jeden: dla umiłowania polskiej historii i literatury, lepiej byłoby pozostać wiernym książce. Książce, której odbiera się główne atuty, wymyślając stek bzdur.

 

Kod Da Vinci rozkodowany

 

.html
 Okładka polskiego wydania bestsellera

Wydana w 2003 roku powieść sensacyjna Dana Browna została sprzedana na całym świecie w nakładzie przekraczającym 80 milionów egzemplarzy. W przypadku "Kodu Leonarda Da Vinci", można zatem mówić o fenomenie. Największą zaletą bestselleru Browna są historyczne łamigłówki, ciekawe połączenie mitów i faktów, które silnie oddziałując na psychikę. Obudziły one w czytelnikach na całym świecie ukryty pociąg do snucia teorii spiskowych. To głównie dzięki temu zaczęto traktować powieść jako alternatywną wersję prawdy o fundamentach chrześcijaństwa, a nie sensacyjny owoc wyobraźni autora.

"Kod da Vinci" przyniósł Brownowi nie tylko sławę, ale ataki ze strony organizacji chrześcijańskich, historyków. Ci bowiem podeszli do powieści niczym do nowej księgi objawionej czy rozprawy naukowej, zarzucając autorowi rozmijanie się z prawdą. Kwestią czasu było, kiedy książką zainteresuje się Hollywood. Ostatecznie prawa do ekranizacji zakupiła za niebagatelną kwotę 6 milionów dolarów, amerykańska wytwórnia Columbia Pictures.

Na całym świecie podniosły się głosy protestu, a kontrowersje wokół fabuły nie cichły. Organizacja Opus Dei wystosowała do producentów pismo, w którym prosiła ich o rozważenie możliwości zmiany zakończenia filmu, które - ich zdaniem - obraża uczucia katolików. Natomiast sekretarz papieskiej Kongregacji Doktryny Wiary - arcybiskup Angelo Amato, oficjalnie wezwał do bojkotu ekranizacji. Do chóru oburzonych dołączył również kardynał Francis Arinze, który sugerował wiernym, by składali do prokuratury doniesienia o przestępstwie, gdyż "Kod da Vinci" jako film obrażający uczucia katolików stanowi powód do wszczęcia śledztwa przeciw reżyserowi i producentowi. Apel o bojkot wystosował również arcybiskup Genui, kardynał Tarcisio Bertone. Zdaniem byłego sekretarza watykańskiej kongregacji nauki wiary, powieść zawierała m.in. fałszywe zarzuty wobec Kościoła Katolickiego. Efekt był taki, że w ciągu tygodnia od wywiadu, którego Bertone udzielił Radiu Watykańskiemu, sprzedaż książki wzrosła dwukrotnie. We Włoszech zaczęto ją jednak usuwać z kościelnych księgarń.

Kontrowersje narosłe wokół książki i podsycane informacją o ekranizacji filmu nie milkły. A protesty, skupione wokół rewolucyjnej tezy, że Maria Magdalena była żoną Jezusa i oboje zapoczątkowali dynastię francuskich królów Merowingów, objęły cały świat i różne środowiska religijne.  Po takiej promocji film wydawał się być skazany na sukces.

W ekranizacji oczywiście nie zabrakło tej alternatywnej historii chrześcijaństwa. W scenariuszu autorstwa Akivy Goldsmana, znalazły się praktycznie wszystkie opisanie przez Dana Browna wydarzenia z niewielkimi modyfikacjami. Jednak książka pochłaniała do tego stopnia, że nie zauważało się jej mankamentów. W filmie wszystko niestety stało się widoczne jak na dłoni. Największą atrakcją, podobnie jak i książki, pozostały historyczne zagadki i tajemnice. Gra aktorska pary głównych bohaterów Toma Hanksa i Audery Tatou była jednak nijaka, a zrezygnowanie z wątku wzajemnego zauroczenia sprawiło, że filmowa adaptacja straciła na wartości.

Ekranizacja powieści Browna stała się więc dowodem na to, że to co sprawdza się w literaturze, nie do końca sprawdza się na ekranie. Na światło dzienne wyszła naiwność wypływająca z opowieści Browna, której pochłaniający książkę czytelnik nie miał po prostu czasu analizować.

   

Wiedźmin: cassus smoka.

 

.html
 Komputerowy smok kontra policjant z 13 posterunku

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć filmu, o którym mówiono, że będzie przełomowy i ma szansę pokazać, że pierwszy polski film fantasy, że może udanie konkurować z zagranicznymi produkcjami.  Mowa o ekranizacji przygód Wiedźmina – bohatera prozy Andrzeja Sapkowskiego. Film i serial powstały w 2000 roku nakładem studia filmowanego Heritage Films. Czyli wytwórni, która z sukcesami wyprodukowała takie obrazy, jak: Tato, Sara, Bandyta, Pierścionek z Orłem w Koronie, czy współpracowała przy oscarowej Liście Schindlera.

 Ogromny budżet, gwiazdorska obsada, muzyka skomponowana przez Grzegorza Ciechowskiego, zaangażowanie dużego i uznanego producenta - to wszystko sprawiało, iż wokół filmu panowała optymistyczna i pełna oczekiwań atmosfera. No może poza zarzutami fanów prozy  Sapkowskiego, którzy w zażartych internetowymi dyskusjach licytowali się, którzy aktorzy powinni odgrywać główne role,

Informacja, o tym, że przygody Geralta z Rivii zostaną przeniesione na duży ekran, nikogo chyba nie zaskoczyła. Choćby ze względu dużą popularność książek Sapkowskiego w kraju i zagranicą. Co więcej, wydawało się, że film będzie skazany na sukces (tak, kolejny). Szczególnie biorąc pod uwagę obietnice producentów.

Przed premierą tak o nowej produkcji wypowiadał się właściciel Heritage Films – Lew Rywin: Prawie 19 milionów kosztuje nasz serial, który nakręcimy w pół roku. Z pewnością zaskoczymy polskiego widza wspaniałymi plenerami które znaleźliśmy w kraju. Nie zamierzamy konkurować z ekranizacjami Sienkiewicza czy Żeromskiego, ale liczymy na duże zainteresowanie szerszej widowni (cyt. za "Nową Fantastyką", listopad 2000 rok).

Kontrowersje  wzbudzało wiele rzeczy, jednak do czasu premiery były to jedynie spekulacje. Jeżeli już szukać proroczych zarzutów, to w zachowaniu i słowach Andrzeja Sapkowskiego. Autor literackiego pierwowzoru nie pojawił się podczas konferencji prasowej zorganizowanej na planie serialowego i kinowego "Wiedźmina". W wywiadzie z Maciejem Parowskim ("Nowa Fantastyka") podkreślał zaś, że jego rozmowy z ludźmi kina zawsze dochodziły prędzej czy później do momentu, w którym oni: nachmurzyli się i robili miny sugerujące, że wiedzą lepiej.  Na sugestię, że filmowcy może faktycznie wiedzą lepiej, a pisarze mają do swoich utworów nadto pieczołowity stosunek, Sapkowski odpowiedział: niech w takim razie pokażą co umieją. No to pokazali…

Film okazał się rozbudowanym trailerem, który zapowiada serial. Stojącym do tego na wielce rozczarowującym poziomie. Filmowy Wiedźmin był bezładną mieszanką wątków zapożyczonych z różnych opowiadań, m.in.: "Mniejszego zła", "Kwestii ceny", "Granicy możliwości", a motywem fabularnym, który miał je ze sobą łączyć, była historia Ciri i Geralta. Poszatkowana fabuła i urywające się nagle sceny powodowały, że nawet widzowie, którzy czytali opowiadania Sapkowskiego, nie mogli się odnaleźć w kinie. Patrzyli na wyskakujących, jak z kapelusza bohaterów, czy Geralta, który bez słowa wyjaśnienia ze strony realizatorów, przemieszczał się z jednego miejsca do drugiego. Widz mógł tylko pytać samego siebie: Co on tu robi?, Dlaczego przyjechał? i Gdzie on w ogóle do cholery jest?!.

Znamiennym jest, iż autor scenariusza do filmu - Michał Szczerbic, wycofał swoje nazwisko z czołówki. Najwyraźniej bał się, tego co uczynił. Nic dziwnego, gdyż okrojony scenariusz nawiązywał do fabuły opowiadań w sposób luźny, żeby nie powiedzieć nonszalancki. Na domiar złego oferował dialogi na poziomie opery mydlanej. Trzeba podkreślić, że właśnie owe dialogi oraz wartko prowadzona narracja to jedne z niewątpliwych zalet prozy Sapkowskiego. Tymczasem te filmowe wyglądają, jak gdyby Szczerbiec stępił im ostre krawędzie.

Ale to nie wszystko. Tragedii dopełnia montaż, który przywodzi na myśl nielogiczną tkankę, pociętą na siłę i kompletnie nie klejącą się do kupy. Przekłada się to na kwestie bohaterów, którym po prostu pourywano ogony, co dodatkowo potęguje efekt zagmatwania.  

"Wiedźmin" jako film fantasy jest obrazem, w którym nie mogło zabraknąć efektów specjalnych. W filmie Brodzkiego nie ma ich zbyt wiele. Te, które się jednak pojawiają, odbiegają  nawet od określenia: przyzwoite. Potwory, z którymi walczy Geralt np. Bazyliszek, wyglądają, co tu dużo mówić, jak dekoracje na chiński nowy rok. Wisienką na torcie miał być komputerowo wygenerowany smok. Tymczasem to, co zobaczyliśmy na ekranie, okazało się potworem z gry komputerowej, a nie superprodukcji fantasy za 19 milionów. Jeżeli dodać do tego, że walczył z nim zakuty w zbroje, niedowidzący policjant z 13 posterunku, to mamy wymowny symbol tej produkcji.  Warto przytoczyć jeszcze inne słowa Sapkowskiego. Na pytanie o to, kto powinien robić efekty specjalne do "Wiedźmina", odpowiedział, że "Industrial Light and Magic"(założona w 1975 przez George Lucasa wytwórnia filmowa odpowiedzialna za tworzenie efektów specjalnych).

Na pochwałę zasługują natomiast występujący w "Wiedźminie" aktorzy. Wbrew obawom fanów, dobrze zaprezentował się Michał Żebrowski, który udanie wcielił się w brutalnego, ale nie pozbawionego uczuć wiedźmina. Zbigniew Zamachowski rolą Jaskra udowodnił, że jest aktorem wszechstronnym. Dobrze wypadadli również aktorzy drugoplanowi: Andrzej Chyra w roli Borcha, Maciej Kozłowski jako rycerz zakonu białej róży Falvick czy Anna Dymna jako Matka Nenneke. Poza obsadą w obrazie zawiodło jednak praktycznie wszystko. Fala krytyki, która spadła na twórców sprawiła, że do tej pory nik nie podjął się próby ponownego przeniesienia Wiedźmina, ani żadnej innej polskiej opowieści fantasy, na duży ekran.

 

Dziewczyna z tatuażem, która powinna nienawidzić mężczyzn.

 

.html
 Filmowana para bohaterów z ekranizacji Finchera

Na koniec – film, który znalazł się w zestawieniu mimo, że uważany jest za bardzo udaną ekranizację pierwszej części trylogii "Millenium" Stiega Larssona. Nie ma mowy o fatalnym scenariuszu, czy grze aktorskiej. Wręcz przeciwnie: para Craig i Mara wcieliła się w postacie stworzone przez Larssona znakomicie, uwodząc widza wzajemnymi interakcjami.  Jednak ekranizacji Davida Finchera nie ominęła aura kontrowersji.

Oto India's Central Board of Film Certification postawiła wytwórni Sony Pictures ultimatum związane z zawartymi w filmie scenami seksu, nagości oraz gwałtu i tortur. Miały zostać wycięte, inaczej film nie byłby dopuszczony do wyświetlania w kinach na ternie Indii. Na cenzurę nie zgodził się reżyser, a wytwórnia oświadczyła, że jest zobowiązana do ochrony wizji reżysera. Ze tego samego względu, "Dziewczyna z tatuażem" miała problemy z cenzurą również w Malezji i w krajach Zatoki Perskiej. Szkoda, ponieważ brutalne sceny w książce Larssona wiązały się z wymową filmu, traktującego o nieprzestrzeganiu praw kobiet.  

Oryginalny tytuł pierwszej części trylogii Millenium brzmi: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Czytelnicy anglojęzyczni znają ją jednak jako "Dziewczynę ze smoczym tatuażem".  Stąd tytuł ekranizacji, nieźle współgrający z tym, co dzieje się na ekranie. Producenci postanowili w filmie skupić się głównie na barwnej i wyrazistej postaci Lisbeth Salander i wokół niej skonstruować filmowy obraz. Tym sposobem dziewczyna z tatuażem stała się osią marketingowej akcji promującej film.  Nawet jedna z wiodących marek odzieżowych, z okazji premiery filmu wypuściła na rynek kolekcję ubrań zainspirowaną postacią Lisbeth Salander zatytułowaną: Dragon Tattoo Collection.

W ostrych słowach krytykowała to wieloletnie partnerka pisarza - Eva Gabrielsson, która oznajmiła, że medialny i marketingowy cyrk wywołany wokół ekranizacji zaprzecza intencjom Larssona. Aktywisty, który z pewnością wykorzystałby rozgłos filmu, aby publicznie poruszyć temat naruszania praw kobiet. I nie zaakceptowałby faktu, że wykorzystuje się Millenium po to, aby zarobić jak najwięcej, pomijając przy tym ważne aspekty moralne opowieści. Przy okazji, Gabrielsson skrytykowała poczynania spadkobierców jego twórczości, przekonując, że sam Larsson nigdy by do tego nie dopuścił. I faktycznie – temat dyskryminacji i przemocy wobec kobiet zaginął gdzieś w medialnym szumie. Skupionym raczej na legendzie samego Larssona i tego, że nie doczekał on ogromnego sukcesu swoich książek.

Gabrielsson stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że polityczny wymiar trylogii zawierający m.in. wydźwięk praw na rzecz kobiet, jest tłumiony poprzez styl wykreowanego przez reżysera obrazu. Tłumaczyła, że Larsson chciał przede wszystkim pokazać, że dyskryminacja na tle płci występuje nawet w Szwecji, uznawanej za ostoję dla najbardziej równego społeczeństwa na świecie. Być może zupełnie nieświadomie oliwy do ognia dolała Rooney Mara – odtwórczyni roli Lisbeth Salander. Na jednej z konferencji prasowych zasugerowała bowiem, że Salander nie jest feministką i aktorka nie widzi w niej członka żadnej grupy czy subkultury. Oburzona Eva odpowiedziała pytaniami:  Czy ona wie, w jakim gra filmie?, Czy ona w ogóle czytała książkę?, Czy nie miała żadnego szkolenia?.

Ponadto Gabrielsson przekonywała, iż postać Salander nie wpisuje się w konkretną kategorię, ale jest częścią pewnego ruchu. Ruchu reprezentującego aktywny opór skierowany przeciwko mechanizmom, które oznaczają dla kobiet brak szans na awans w ich środowiskach, a w najgorszych wypadkach sprawiają, że stają się one ofiarami wykorzystywania, takiego jaki dotyczył książkowej Salander. Partnerka Larssona podkreślała przy tym, że  oryginalny tytuł jest jednocześnie podstawowym motywem przewodnim, na którym opiera się konstrukcja trylogii. Dla niej "Dziewczyna z tatuażem" brzmi, jak tytuł książki dla dzieci.

Podsumowując, Gabrielsson powiedziała, że to, co się działo wokół samego filmu, nie miało nic wspólnego z książkami. Warto przypomnieć, że Larsson i Gabrielsson nigdy nie wzięli ślubu, mimo że w chwili nagłej śmierci pisarza byli parą od 32 lat. Było to podyktowane obawą przed podaniem do publicznej wiadomości adresu małżonków, czego wymaga szwedzkie prawo. Obawa natomiast była związana z tym, że Larsson jako zaangażowany politycznie dziennikarz obawiał się przez większość życia ataków ze strony politycznych wrogów.

W chwili nagłej śmierci na atak serca, pisarz nie pozostawił ostatniej woli (co trochę dziwi zważywszy na fakt, że wraz ze swoją partnerką żyli nieustannie w stanie podwyższonej gotowości). Zatem zgodnie ze szwedzkim prawem, schedę po autorze objęli brat i ojciec.  Obydwoje odrzucili również sugestie Gabrielsson, jakoby wykorzystywali legendę Larssona wyłącznie dla zysku. Argumentując to przeznaczaniem części dochodów na sprawy, które wspierał, wliczając w to antyrasistowski magazyn, w którym Larsson pracował jako dziennikarz.

 

Podsumowanie?


W każdym w wyżej wymienionych przypadków filmowych adaptacji, warto sięgnąć po książkowy oryginał. Chyba, że korzysta się z tak wytrawnych streszczeń, jak te autorstwa Stephena Kinga. Mistrz grozy, ale też ulubieniec filmowców opisał treść "Harry'ego Pottera" i "Zmierzchu" w dwóch zdaniach: Harry Potter traktuje o stawianiu czoła własnym lękom, odnajdywaniu wewnętrznej siły i robieniu tego, co słuszne, nawet w obliczu nieprzychylnych okoliczności. Zmierzch jest o tym, jak ważne jest mieć chłopaka. Szkoda, że z usług Kinga nie skorzystali twórcy ekranizacji trylogii...

 

Artykuł powstał w ramach programu Praktyka w Kulturaonline.pl. Więcej tekstów początkujących dziennikarzy na redakcyjnym blogu tutaj.     







Komentarze
  • O tak, dobrze pamiętam szum wokół Wiedźmina. Sama przebierałam nóżkami przed seansem, a potem zobaczyłam gumową kikimorę wyglądającą, jak jeden z muppetów. I już nic nie było takie samo, mogło być już tylko gorzej ;) Jeśli chodzi o ekranizację książek Dana Browna, dużo gorzej od "Kodu.." wypadły "Anioły i Demony". Zmiany w fabule, inny charakter postaci niestety mocno raziły.

  • Przy roznych zarzutach,czy kontrowersjach dotyczacych ekranizacji ksiazek Dana Browna i Stiega Larssona,nie mozna im zarzucic dwoch rzeczy:finansowego sukcesu i sprawnej realizacji.W przypadku polskich produkcji nawet o tym nie ma mowy.

  • Pamiętam, że film "Dziewczyna z tatuażem" zrobił na mnie wielkie wrażenie. Nie mogłam się nadziwić, jak Rooney Mara przeobraziła się do tej roli. Niektóre sceny były bardzo mocne i straszne, z tym się zgodzę.

  • Właściwa kolejność - wpierw książka, potem film. Dla mnie za każdym razem książka jest lepsza od filmu i tak było w każdym z opisanych powyżej przypadków. A gdy najpierw obejrzę adaptację filmową, to po książkę już nie sięgam, bo się rozczarowuję. Wyjątkiem był "Jurassic Park".

  • W tym przypadku owszem. Książki okazały się być lepsze aniżeli ich filmowe ekranizacje.